Back to home
DESIGN, PARENTING

Wspólny czy oddzielny pokój?

Nasz dom projektowaliśmy raczej w zgodzie. Mamy podobny gust, podobne doświadczenie zawodowe i praktyczne podejście. Lubimy prostotę, nowoczesność i bliżej nam do ascetycznych niż przaśnych wnętrz. Salon, kuchnia, jadalnia, łazienki, nasza sypialnia czy pracownia, a nawet wszystkie pomieszczenia pomocnicze jak garaż, pralnia, garderoby projektowaliśmy we względnej zgodzie. Jasne, że zdarzały się starcia, bo każde z nas jest indywidualistą, ale nie było sytuacji patowej i ostatecznego kompromisu.

To wyglądało tak, że eM pracował w swojej pracy etatowej, a jak już dzieci spały, robił swoje prywatne projekty, bo ktoś musiał zarabiać na chleb, a ja ograniczyłam zlecenia do minimum, natomiast w pełni zaangażowałam się w niedochodowe, ale jakże przyjemne projektowanie naszego domu. Wieczorami razem zasiadaliśmy do komputerów – on do roboty płatnej, ja tej pro publico bono i konsultowaliśmy, dyskutowaliśmy, ścieraliśmy nasze silne charaktery dla wspólnego dobra. Do czasu. Tak, do czasu, gdy nie zabraliśmy się za…

No właśnie. Nic nie wzbudziło takich emocji, kłótni i cichych dni z myślami, co my razem w życiu jeszcze robimy, skoro nie możemy się dogadać w tak kardynalnych sprawach jak przestrzeń dla naszych dzieci. Rzecz powierzchownie banalna urosła do sporu ideologicznego i obyczajowego sięgającego – o zgrozo – do czasów naszego dzieciństwa. Nastał okres zimnej wojny, która to zaczęła rozłazić się po innych dziedzinach wspólnego życia tak, jak to z fermentem zawsze bywa, że ciągnie się i rozrasta. Ja – jedynaczka z krwi i kości – chciałam 30 metrów kwadratowych przestrzeni przeznaczonej dla dzieci pozostawić bez podziału na pokoje, żeby to było jedno pomieszczenie, gdzie dziewczyny, których różnica wieku jest nieduża, bo dokładnie 2 lata, będą razem spały i razem się bawiły. Uważałam, że jeśli od początku będą wszystko dzieliły, to wyjdzie im to tylko na zdrowie, że ich relacje będą bardziej zażyłe, a więź mocniejsza. Chciałam, by w starszym życiu były przyjaciółkami, a to tylko utwierdzało mnie w przekonaniu o wspólnej przestrzeni. Do pełni szczęścia zawsze mi brakowało tej siostry czy brata. Mam więc wyidealizowaną wizję rodzeństwa, które przyjęłabym do własnego pokoju z otwartymi ramionami i zamknęła się z nim na resztę życia. EM natomiast jako jeden z trojga rodzeństwa słuchał moich wywodów z miną wyrażającą politowanie, współczucie i ogólny wkurw. Kategorycznie domagał się podziału przestrzeni na dwa pokoje i nie chciał przystać na jakiekolwiek kompromisy i rozwiązania pośrednie. Nie dopuszczał sytuacji, że pokoje podzielimy za jakiś czas, ani że niech wypowiedzą się dziewczyny, co dawałoby mi przewagę, bo one od początku chciały razem, ale wiadomo jak to z dziećmi jest.

Byłam głucha na wszystkie jego argumenty, że marzeniem 99% rodzeństwa jest mieć oddzielne pokoje, że kłótnie i rękoczyny we wspólnych pokojach zakrawają o rodzinną patologię, że po co te nerwy, po co te stresy. Przedstawiał mi kolejny obraz trupów gęsto słanych z ręką, nogą i mózgiem na ścianach. A ja w swoją idylliczną stronę ciągnęłam i nie odpuszczałam, bo co mi będzie katastroficzne wizje roztaczał, gdy na pewno jest to tylko kwestia odpowiedniego wychowania zgodnego rodzeństwa. Ale z uwagi na fakt, że mam taką naturę, która zaciekle będzie bronić swoich przekonań i wykrwawi się w ich obronie, ale tylko wtedy, gdy ma 100-procentową pewność, zaczęłam po cichu zgłębiać temat, by w ostatecznej bitwie o pokoje dostarczyć aksjomatycznych argumentów. Poczytałam w internetach, co ludzie piszą o rodzeństwie, jak wspominają wspólne dzieciństwo, popytałam znajomych. I poczułam gorzki smak porażki. Argumenty eM miały sens. Wszystko się pokrywało u różnych źródeł. Co tu dalej pisać – poległam.

Teraz musiałam zastanowić się, jak wyjść z podkulonym ogonem, ale i twarzą. Nagłówkowałam się nad niepodlegającym mediacjom kompromisem. Skoro już zabrałam się za rozwiązywanie światowej rangi sporu, chciałam uwzględnić potrzeby wszystkich stron – mojej, eM i dzieci. Co mi wyszło? Sukces godny mediatora – bo oto wszystkie strony coś zyskały. Przestrzeń została podzielona na dwa niezależne, identyczne pod względem metrażu pokoje z osobnymi wejściami. To był ukłon w stronę eM. Stawiając dzieci trochę przed faktem dokonanym, że dysponują dwoma pokojami, zapytałam, jak chcą w nich mieszkać. Gwiazdy zdecydowały, że chcą być razem, a więc mieć wspólną sypialnię. Drugi pokój miał być bawialnią z dużym blatem do przeróżnych prac. Ale tu pojawił się zonk. Pokój do spania, pokój do zabawy – wszystko ładnie pięknie, ale zażyczyły sobie możliwości przechodzenia między nimi bez konieczności używania do tego drzwi. No i masz babo placek! Niewiele się zastanawiając mama architekt posunęła się o krok dalej i zrobiła w ścianie dzielącej te dwa pokoje dziurę 60 x 60 cm na wysokości podłogi. I choć wszyscy się dziś śmieją, że to dziura dla psa, dzieci dostały, co chciały. A ja? Ja też. Mam zaspokojoną potrzebę zbliżania ich do siebie, bo nie ma bardziej intymnego emocjonalnie kontaktu rodzeństwa (z rodzicami także) jak moment wspólnego czytania, rozmawiania o przeżyciach minionego dnia i usypiania, z drugiej strony wspólne miejsce do zabawy to też poligon doświadczalny w budowaniu relacji, tym bardziej, że w takiej konstelacji podział na to co jednej i to co drugiej jest tylko umowny w momencie obdarowywania. Z praktycznego punktu widzenia mamy też coś więcej – bałaganem objęta jest zazwyczaj bawialnia. Wspólna sypialnia wyposażona tylko w łóżka i półki z książkami jest wolna od syfu i bajzlu, co sprzyja odpoczynkowi. To nazywa się sukces! A swoją drogą, z perspektywy czasu uważam, że rozwiązanie jest godne polecenia. Nam się sprawdza i dobrze funkcjonuje. Projektując pewnej klientce dom po zamieszkaniu we własnym zaproponowałam takie samo rozwiązanie. Są zadowoleni.

Nie wiem, jak długo moje gwiazdy będą chciały razem spać. Zakładam, że przyjdzie taki moment, kiedy będą potrzebowały więcej autonomii w swoich oddzielnych pokojach, który każdy będzie odzwierciedleniem dwóch indywidualności. Ogarniemy. Jest jednak coś, czego dowiedziałam się przy okazji zbierania informacji o wspólnym mieszkaniu rodzeństwa. To, że bracia i siostry w dzieciństwie walczyli ze sobą wściekle i zaciekle, że niektórzy byli skazani na ten jeden wspólny pokój, inni doczekiwali się rozdzielenia, nie miało kompletnie wpływu na ich późniejsze relacje. Odniosłam nawet wrażenie, że ci, co najbardziej ze sobą darli koty, pozostali w bliższych relacjach w dorosłym życiu. Nauczyłam się, że pokój to nie przeszkoda do zbudowania prawdziwej więzi.

By Miss Brave, 5 marca 2019

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
O MNIE

Z głosem budzika mój mózg wchodzi na maksymalne obroty i pozostaje w tym stanie aż nocne zmęczenie nie zwali mnie z nóg. Myślę, więc jestem - to mnie określa. Myśli ulotne, więc imperatyw każe pisać. Pisać dla Was.

czytaj więcej
PODEJRZYJ MNIE
ZAJRZYJ NA MOJEGO INSTA
Instagram API currently not available.

Newsletter Signup

Zostaw maila, by dostawać info o najnowszych wpisach
Instagram API currently not available.