Back to home
PARENTING

Rozłąka – refleksje

Musiało upłynąć trochę czasu, bym mogła o tym napisać, bo nie było to dla mnie łatwe. Jednak chciałam się podzielić z wami refleksjami, które może dla kogoś okażą się cenne. Kilka miesięcy po rozpatrzeniu argumentów za i przeciw podjęliśmy z eM decyzję, która wydawała nam się słuszna, rozsądna i bezpieczna. A okazała się pomyłką. Niestety, aby to ocenić – w imię zasady jak nie spróbujesz, to się nie dowiesz – musieliśmy najpierw doświadczyć skutków decyzji, by wyrobić sobie ostateczne zdanie.

Nasza starsza Gwiazda we wrześniu zaczęła swoją przygodę z karate. Zaangażowała się w zajęcia. Poznała teorię i ideologię. Gdy komuś tłumaczy, czym jest karate, zaczyna słowami, że “karate nigdy nie uderza pierwsze” i zawsze rozczula mnie tymi słowami. Jej sensei – Justyna Marciniak – jest siedmiokrotną mistrzynią świata w karate i trenerem kadry. Ma super kontakt z dziećmi i fajnie do nich dociera robiąc z nimi rzeczy, o których niejeden rodzic, by do nich skłonić swoje pociechy, może tylko pomarzyć. No ma u nich posłuch i autorytet. Jej akademia bardzo poważnie traktuje treningi i ma wiele aktywności poza nimi. Między innymi tradycję organizowania od kilkunastu lat latem obozów karate w Zamościu. I co wymyśliło moje 6-letnie dziecko? Oczywiście, że chce jechać na obóz, bo na pewno sobie poradzi.

Chciałabym mieć tyle w sobie luzu, by powiedzieć “chcesz jechać, to jedź”, ale mowa tu o 6-cio a nie 16-latce, więc decyzja nie była taka oczywista. Ja miałam swój debiut na koloniach po pierwszej klasie podstawówki, od czego Nel dzielą jeszcze 2 lata i jakoś ciężko mi było wyobrazić sobie przedszkolaka na obozie. Uspokajała mnie trenerka, zapewniając, że każdego roku wyjeżdża z nimi grupka maluchów i nie stanowi to dla nich problemu, bo doświadczenie już jest. Okazało się, że również w tym roku tych maluchów jadących zebrała się spora ilość, więc moja Nel koniecznie chciała być wśród nich. I tu dylemat, bo dziecko strasznie prosi, zapewnia, że przecież potrafi i że samodzielne i że sobie poradzi… A ja i eM wiemy, że ma rację, tylko ten wiek…

Zastanawialiśmy się długo. Czekaliśmy, że może trochę chętnych maluchów zrezygnuje, więc będzie argument. No bo teraz, jak tu dziecku powiedzieć, że jest na samodzielny wyjazd za małe, skoro rówieśnicy jadą? No i masz babo placek… Nikt z zadeklarowanych dzieciaków nie zrezygnował, Nel koleżanka z przedszkolnej grupy także potwierdziła udział, więc temat wyperswadowania wyjazdu zrobił się skomplikowany. Oczywiście, że jako rodzice mamy swoją moc i siłę, po którą – gdy trzeba – możemy sięgnąć zawsze i powiedzieć dziecku, nie, bo nie. Ale nie tak nasze Gwiazdy wychowujemy. Szanujemy ich zdanie, zwłaszcza poparte sensownymi argumentami i podchodzimy do podejmowania decyzji demokratycznie. Zgodziliśmy się. Pomimo obaw i wielu wewnętrznych sprzeczności…
Dla nas obecne wakacje też są specyficzne. Moja decyzja związana z pisaniem bloga niesie za sobą poważne skutki finansowe. Póki co żyjemy z jednej pensji, więc o wyjazdach innych niż działka w tym roku możemy sobie tylko pomarzyć. Ten fakt też wzięliśmy pod uwagę decydując się na puszczenie Nel na obóz, który poza działką był aktualnie jedyną jej szansą na wyjazd.

Nie przeżywałam specjalnie tego obozu. Po prostu podchodziłam zwyczajnie. Do czasu. Wieczór przed byliśmy całą rodziną na sąsiedzkiej potańcówce i wtedy mnie dopiero wzięło. Odezwały się wszystkie wątpliwości. Ogarnęła panika, że przecież jest maluchem, któremu wciąż po kilka razy w nocy zdarza się przychodzić do rodziców. Że trzeba jej pomóc w myciu, przytulić, poczytać przed snem, dopilnować mycia zębów, smarowania kremem z filtrem… Walizka w domu czekała już zamknięta na wrzucenie do samochodu. Nel nie mogła się doczekać poranka. A ja rozdarta. Podwójnie. Bo w tym samym czasie Zet zdecydowała o pierwszym samodzielnym pobycie bez rodziców tj. pozostaniu z babcią na działce.

I zawieźliśmy Nel do tego Zamościa. Wszyscy: ja, eM, Zuza i pies. Zakwaterowaliśmy, pomogliśmy rozpakować, wyściskaliśmy i pojechaliśmy. To była niedziela. Powrót zaplanowany był na przyszły poniedziałek, bo w weekend w Zamościu na rynku odbywały się Puchar Roztocza i Puchar Świata w karate, na których dzieci miały być. Z uwagi na fakt, że pozostałe 3 dziewczynki z pokoju Nel miały smartwatche umożliwiające dzwonienie do rodziców, nasze dziecko też pozostało z nami w kontakcie. Notorycznym… Entuzjazmu starczyło na dwa dni. We wtorek zaczął się kryzys: smutek i tęsknota. Nel dzwoniła po 7, 9 razy. Nie chciała się rozłączać, bo chciała mnie słyszeć. Płakała i prosiła, żebym przyjechała i ją z obozu zabrała. Gdy usłyszałam jej płacz oraz stanowczy ton: “Chcę, żebyś mnie stąd zabrała”, rozkleiłam się totalnie. Ciężko mi było pocieszać, bo ją rozumiałam. Sama czułam to samo słysząc jej łkanie i cokolwiek chciałabym powiedzieć na pocieszenie byłoby sztuczne. Dałam telefon eM. Udało mu się opanować zdalnie płacz. Tłumaczył, pocieszał, rozmawiał. Pomogło. Do następnego razu. Cały wtorek, środa, czwartek rozmawiałam z Nel po kilka razy dziennie. Obiecałam jej, że zawsze odbiorę telefon. Miałam go non stop pod ręką. Poza połączeniami w płaczu były rozmowy pełne radości i entuzjazmu, bo wycieczka, bo zoo, lody, rynek, zalew, dyskoteka, zabawy. Jednak łez było więcej. Każdego dnia liczyłyśmy sobie, ile czasu zostało do naszego spotkania. Nel chciała, żebyśmy przyjechali już w sobotę. Nie zostawali na zamojskie atrakcje, ale pojechali do Zuzy i spędzili razem weekend na działce. Jednak w czwartek przelała się czara goryczy. Kilka telefonów Nel w nocy. Ja w roli mediatora 250 km od dziecka, które błądzi po korytarzu i szuka pokoju opiekunki, miałam za zadanie przekonać ją, by wróciła do łóżka i wytłumaczyć po raz kolejny, że już tuż tuż zaraz się zobaczymy i że może lepiej się cieszyć na nasze bliskie spotkanie niż smucić z aktualnej tęsknoty. Gdyby nie ta noc… Brałam poprawkę na to, że i starsze dzieci tęsknią i płaczą. Miałam świadomość, że nieograniczony przez opiekunów dostęp do telefonów, zegarków i innych cudów techniki, które łączyły z rodzicami szybciej niż dziecko było w stanie uwierzyć w swoją siłę i moc poradzenia sobie z każdym smuteczkiem i kłopocikiem, to nie będzie nic dobrego. Wiedziałam, że dzieciaki na obozie opiekę mają dobrą, że są bezpieczne i mają zorganizowany czas. Ale nieprzespana z powodu wielkiej tęsknoty i rozpaczy Nel noc, jej błaganie, bym przyjechała, a przede wszystkim nocne niekontrolowane wędrówki zdecydowały, że postanowiłam wybrać się do niej już w piątek, by uniknąć powtórki z rozrywki. Wiedziałam, że to tylko jeden dzień różnicy. Dla mnie jednak był to aż jeden. Jadąc wiedziałam, że robię właściwie. Gdybym została, cały czas bym odczuwała niepokój, że tam daleko komuś pęka serce, na co nie mogłam pozwolić.

Przyjechałam w piątek po południu. Nel akurat wróciła z treningu. Spakowałyśmy walizkę, pożegnałyśmy się z dzieciakami, opiekunami i wróciłyśmy do Warszawy, by dopiero następnego dnia pojechać do Zuzy na działkę. Była szczęśliwa. Widać było po niej, że z ulgą oddychała. W samochodzie Nel prawie się nie odzywała. Potrzebowała wyciszenia i samoregulacji. Dużo spała. Gdy przyjechałyśmy do domu, było około 11.00 wieczorem. Nel chciała spać u siebie w łóżku, ale naszykowałam dodatkową poduszkę między mną a eM, bo wiedziałam, że w nocy przyjdzie i wcale nie będzie chciała wracać do swojego pokoju. Cieszyłam się, że jeszcze przez część soboty miała nas na wyłączność. Tylko dla siebie. Że z obozowego zgiełku nie trafiła prosto na działkę, gdzie poza Zuzą było jeszcze cioteczne rodzeństwo Gwiazd w ilości 4 sztuk i rozmieniona na drobne nasza uwaga.

Uważam, że obóz nie był dobrą decyzją. Choć wszystkie maluchy płakały, Nel raczej okazała się tą dziewczynką, która wyjątkowo nie radziła sobie z rozłąką. To dla nas wszystkich duża nauczka. Ona już wie, jak wygląda obóz i pewnie nieprędko zamarzy o ponownym wyjeździe bez rodziców. My przekonaliśmy się, że nasze dziecko emocjonalnie nie jest jeszcze gotowe na tego typu samodzielność. Można powiedzieć, że niepotrzebnie zafundowaliśmy dziecku tyle emocji po to, by dojść do obecnych wniosków, że można to było przewidzieć. Tak. Ale taką decyzję podjęliśmy. Nie zakładaliśmy, że będzie dramatycznie. Uwierzyliśmy temu pozorowi, że to samodzielne, dobrze radzące sobie dziecko, które sobie poradzi. Płakanie nad rozlanym mlekiem nic nie da. Pojechała. Tam – poza nowymi ciosami karate – nauczyła się innego życia. Musiała radzić sobie w wielu czynnościach sama, musiała podejmować decyzje. Konfrontowała się ze starszymi a nie zawsze miłymi koleżankami. Musiała mieć w swoich rzeczach porządek, by wiedzieć, gdzie co jest. Nauczyła się, jak rozplanować wydawanie kieszonkowego, by starczyło na cały wyjazd. I przeszła szybki kurs obsługi gniazdka elektrycznego – bo w domu do Nel wyjazdu nie pozwalałam jej samodzielnie wkładać wtyczek do kontaktu. No muszę dopatrzeć się jakiś plusów…

Po powrocie do Warszawy Nel wyspała się, najadła, poprzytulała. Była gotowa, by jechać dalej. Na prośbę o wymienienie 5 fajnych rzeczy na obozie i 5 niefajnych. Pierwsze wymieniła jednym tchem. Z drugą grupą musiała się dobrze namyślić. Wymieniła tylko trzy. Odetchnęłam z ulgą.

By Miss Brave, 15 lipca 2019

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
O MNIE

Z głosem budzika mój mózg wchodzi na maksymalne obroty i pozostaje w tym stanie aż nocne zmęczenie nie zwali mnie z nóg. Myślę, więc jestem - to mnie określa. Myśli ulotne, więc imperatyw każe pisać. Pisać dla Was.

czytaj więcej
PODEJRZYJ MNIE
ZAJRZYJ NA MOJEGO INSTA
Instagram API currently not available.

Newsletter Signup

Zostaw maila, by dostawać info o najnowszych wpisach
Instagram API currently not available.