Back to home
LIFESTYLE, PARENTING

Nie ma nic złego w złości

O mojej złości można by książkę napisać. Niejeden wiersze tworzył, by sobie z nią poradzić i sobie ją oswoić. Ja – jak zapewne większość z was – wyniosłam z domu przeświadczenie, że złość jest zła i skoro jest już zła, to nie będzie akceptowana przez otoczenie. Dlatego nie wolno było się złościć, a gniew, wściekłość czy irytację należało tłumić w zarodku – czytaj w sercu – i nie pozwalać im się wylewać na zewnątrz.- by nie siać fermentu wszem i wobec. A worek z tymi emocjami powinno się szczelnie zawiązać, a jeszcze lepiej jakby dołożyć do nich krawężnik i wszystko razem wrzucić pod osłoną nocy do rzeki, by raz na zawsze tonąc pozostały na jej dnie.

Dużo czasu zajęło mi nauczenie się że złość to emocja jak radość, smutek, żal, strach, lęk, szczęście czy rozkosz. Jest uczuciem pierwotnym, więc raczej nie wyeliminujemy jej z naszego świata. Dużo czasu zajęło mi też zrozumienie, że nie jest emocją negatywną, bo taki podział wśród uczuć w ogóle nie występuje, ponieważ dla zdrowia psychicznego człowieka wszystkie są tak samo cenne. Lekcje o złości odbyłam z psychologiem znacznie wcześniej, niż pojawiły się na świecie moje dzieci. To dobrze. Nauczyłam się rozpoznawać ją w sobie. Nauczyłam się otwarcie wyrażać, o co mi chodzi, artykułować prośby z rezerwą na czyjeś “nie” w odpowiedzi. A mi w pewnym momencie wydawało się, że wiedziałam, jak złość podejść. Parafrazując pewnego mema przewijającego się na fejsbukowych stronach odkryłam wkrótce, że owszem istnieje złość, istnieje też złość jak cholera i…macierzyństwo.

W naszej rodzinie, gdzie ścierają się rozmaite potrzeby i pragnienia, dorośli są indywidualistami o porywczych usposobieniach, a gwiazdy mają permanentny okres burzy i naporu nietrudno o konflikty. Gdy kiedyś gdzieś przeczytałam, że taki model rodziny potrafi się ścierać około 40 razy dziennie, poczułam się znacznie rozgrzeszona. Można by rzec, że kiedyś było łatwiej się we własnym domu pokłócić. Próbującemu włączyć się w spór dziecku mówiono wedle staropolskiego powiedzenia, że dzieci i ryby głosu nie mają “dziób w ciup” i siedział cicho taki delikwent, a rodzice ze spolaryzowanymi racjami, które im się jeszcze nie czworzyły mieli szansę na rychłe dogadanie. A dziś wszyscy beneficjenci tworu zwanego rodziną jak torreadorzy mogą pojawić się na arenie ze swoją czerwoną capa i wymachiwać nią przed oczami rozjuszonych byków. Jednak celem tej korridy nie jest uśmiercenie przeciwnika tak, jak celem wyrażonego gniewu nie jest destrukcja, a zakomunikowanie potrzeb. Zrozumienie tego, daje przyzwolenie na jego przeżycie i jest konstruktywne.

Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że zafiksowanie się w swoich oczekiwaniach wpływa na wzrok. Stajemy się ślepi na tyle, że przestajemy widzieć przed sobą prawdziwych ludzi. Jedyne, co widzimy, to nasze pobożne życzenia, które wredne przyniosą ze sobą jedynie rozczarowanie, gdy zostaną zweryfikowane rzeczywistością. A potem zaczyna się przerzucanie winą, choć sami powinniśmy brać odpowiedzialność za nasze durne oczekiwania, wyobrażenia. I rozpętuje się wojna domowa o znamionach trzeciej światowej Dlatego już nie bulwersuję się brakiem czyjejś reakcji na moje niewypowiedziane oczekiwania, a zastanawiam się jak – w sposób syntetyczny i zrozumiały nawet dla faceta – je wypowiadać.

Złoszczę się, więc jestem
To uczucie towarzyszy mi odkąd otworzę oczy. Chyba kiedyś policzę, ile razy mnie nawiedza rano zwłaszcza, gdy wstaną dzieci i zaczyna się szaleństwo szykowania do przedszkola, gdzie ja ciągnę w stronę zasuwającego nieubłaganie czasu, a one w stronę beztroskiej zabawy, na którą przecież zawsze jest czas, i w obliczu której świat może poczekać. Wrrrrrrr. To mój wkurw. Ale nie tłumię go tam, gdzie w tradycyjnych domach leżą dywany, tylko korzystam z jego dobrodziejstwa. Dzięki niemu wyznaczam granice i o, robi mi się dobrze, dzięki niemu reaguję i domagam się swoich racji. I co? Jestem autentyczna. Kiedy komunikuję, delikatnie mówiąc, swoją irytację. Nie nakładam żadnej maski przy dziewczynach czy przy eM. Już wiem, że to nic nie da, bo gdy raz uda mi się moją złość zagłaskać, następnym razem wróci w wykonaniu super-extra. Uważam natomiast, by używać języka osobistego jak “ja chcę / ja nie lubię / wkurza mnie”, bo dzięki temu nie tłumię swoich uczuć, ale nie przekraczam też granic drugiej osoby. Wkurzając się notorycznie przynajmniej raz dziennie o to, że gwiazdy nie są gotowe do wyjścia mówię im: “Hej, wkurza mnie, że nie jesteście jeszcze ubrane” zamiast “Przez wasze zabawy i brak skupienia na tym, co robicie, nie jesteście ubrane” To nie jest proste, ale idzie się nauczyć. Po prostu nie oceniam, nie rzucam epitetami, bo tylko się niezdrowo nakręcę, a ja wolę być pozytywnie zakręcona przez resztę dnia, a nie nabuzowana złością. Tak działa wentyl bezpieczeństwa, więc uczę się dalej “poprawnie” złościć dla siebie i dla moich najwierniejszych fanek, które w ciemno kopiują wszelkie negatywne – a jakże – wzorce zaprezentowane przez mamusię i tatusia. O one obserwują, jak sobie radzimy z naszą złością i kodują na przyszłość w kędzierzawych bystrych główkach, więc nie ma wyjścia, wspieramy integralność gwiazd nazywając złość po imieniu, by wiedziały, że ona jest w porzo. I w porzo jest dawanie złości ujścia, bo tłumiona wcześniej czy później przerodzi się w agresję czy przemoc. Często obserwuję, jak po powrocie z przedszkola dziewczyny są kłótliwe i byle co jest jest je w stanie wyprowadzić na długo z równowagi. Nic nie działa na mnie tak wkurzająco, jak ich konflikty. Niejednokrotnie byłam bliska ściętych białek. Ale ok. Liczę do dziesięciu, stu, tysiąca, biorę kolejny wdech i o ile ich złość nie ma znamion zabójstwa na siostrze daję im czas na pozłoszczenie. To pomaga.

Jak rozmawiam o złości?
Normalnie. Czy znasz to uczucie, gdy w gardle rośnie ci autentyczna gula, która za chwilę przerodzi się w histeryczny płacz ze złości i wybuchniesz niekontrolowanie wszystkimi swoimi frustracjami? Na pewno choć raz w życiu doświadczyłeś tego uczucia, więc wiesz o czym mówię. Osobiście dawno go nie doświadczałam i na pewien czas zapomniałam o tym niefajnym momencie, ale o jego istnieniu przypomniała mi Nel. Raz po jakiejś dzikiej rozpaczy przemieszanej złością, gdy opadł już kurz po walce, zaczęłyśmy rozmawiać, co tam w jej małym sercu się stało. A ona wtedy z aptekarską dokładnością i wiernością tolkienowskich opisów przywołała mi ten stan. Scharakteryzowała go tak dokładnie, że niejedna dorosła osoba sama by się w ten sposób poczuła w tamtej chwili. Skwitowała też, że jak już czuje się te gulę, to nic z nią nie można zrobić. I choć wtedy wzbita na wyżyny empatii szczerze współczułam dziecku, w głębi serca byłam dumna z jej wiernego opisu procesu, jaki wywołała u niej niepohamowana wściekłość. To było fajne.

Co tu więcej pisać – złość i konflikty są potrzebne, bo w ten sposób jesteśmy w stanie zwrócić uwagę na to, czego inni oczekują i dać realną szansę na nastanie zmian.

By Miss Brave, 14 marca 2019

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
O MNIE

Z głosem budzika mój mózg wchodzi na maksymalne obroty i pozostaje w tym stanie aż nocne zmęczenie nie zwali mnie z nóg. Myślę, więc jestem - to mnie określa. Myśli ulotne, więc imperatyw każe pisać. Pisać dla Was.

czytaj więcej
PODEJRZYJ MNIE
ZAJRZYJ NA MOJEGO INSTA
Instagram API currently not available.

Newsletter Signup

Zostaw maila, by dostawać info o najnowszych wpisach
Instagram API currently not available.