Back to home
LIFESTYLE

Nie boję się pandemii

Nie boję się.

Tak. Wiem, że to całkiem kontrowersyjne stwierdzenie na dziś i raczej na miarę świra. Ale daleko mi do chojraka, co lekceważy wszystko wkoło. Z drugiej strony daleko mi też do panikary dewastowanej własnymi lękami. Wiem, że to może się nie spodobać. I naprawdę, ręka mi zadrżała, zanim napisałam, że się nie boję. Ale to napisałam i parę razy powtórzyłam, bo kto mnie zna, ten wie, że jestem odważna i szczera.

Długo myślałam, jak napisać o zmianach w moim życiu. Z jednej strony prywatność w dobie social mediów jest obiektem pożądania jak pierścień Saurona, z drugiej to jednak wielkie halo w moim życiu i zostanie ze mną długo. Nie mówienie, przemilczenie to nie ja. Jest nie fair wobec tych, co mnie poznali i polubili za szczerość do bólu i za nie chowanie się za sfotoszopowanym życiem z insta. Bo ja często łamię stereotypy, piszę pod prąd mainstreamom, więc pisać będę. Powtarzam zatem:

Nie boję się.

Ani korona wirusa, ani skutków pandemii. Poza horrorami i pająkami nie boję się niczego. Nie paraliżuje mnie strach o życie bliskich, bowiem dbają o siebie najlepiej, jak mogą. Nie drżę o płynność finansową, o naukę dzieci, o plany na przyszłość czy inną rzeczywistość, w której będziemy musieli żyć. Dlaczego? Ano dlatego, że w ciągu ostatnich kilku miesięcy mój świat wywrócił się kompletnie. Silne nogi, które niosły mnie pewnie, gdzie chciałam, ugięły się. Wyciągnięte ramiona biorące od życia wszystko to, co zapragnęłam, opadły. I tak stoczyłam się po twardych, ostrych skałach pozostawiając na całym ciele krwawiące rany. Upadłam. Leżałam na dnie ważąc dwie wersje siebie: tę pełną nadziei i tę beznadziejną. Wiedziałam, że wybór należy tylko do mnie.

Nie boję się.

Ale się bałam. Najbardziej, gdy usłyszałam słowa, których nikt nie chce w życiu usłyszeć: “Pani Aniu, to jest rak.” Bałam się, co dalej. Ta niepewność co do kolejnych wyników badań, co do tego, jak zniosę leczenie, bo przecież jest nie do zniesienia, reakcji mojego organizmu na cały podany syf, by zwalczyć syf większy. Czy leczenie w czasie pandemii będzie obiektywne, jak by pandemii nie było, czy raczej będzie wybrane mniejsze zło? Albo, czy polski system w ogóle da mi szansę na wyzdrowienie. Kocham życie, ale pierwszy raz wtedy naprawdę zaczęłam się bać właśnie o nie. I o przyszłość. O cierpienie moich dzieci, gdybym miała umrzeć. Tak mocno wbił mi się w pamięć wywiad z mamą Anny Przybylskiej, gdy mówiła, że gdy przytula swoje wnuki, one mają zapach Ani. Bo tak jest. Moje dzieci pachną mną. A ja przecież chcę zostawiać na nich mój zapach jeszcze długo. Nie chcę, żeby był tylko wspomnieniem. Bałam się potwornie rozmowy z Gwiazdami. Kiedy poprosiłam je, by przyszły, bo chciałam im coś powiedzieć, serce mi waliło tak mocno, że dokładnie słyszałam szum krwi w mózgu. Przecież te małe istotki zasługują słyszeć tylko miłe rzeczy. Nie można ich krzywdzić, choćby i słowem… Było mi cholernie ciężko patrząc w oczy własnym dzieciom powiedzieć, że mama jest chora. I kurewsko ciężko odpowiedzieć na pytanie, czy umrę… Jednak w mojej rodzinie z dziećmi rozmawia się o wszystkim. Wyznaję zasadę, że “to, czego dzieci nie wiedzą, krzywdzi je”, a tajemnica może być śmiertelna bardziej niż moja choroba. Więc stawiam czoła wszystkim trudnym rozmowom. Niemniej jednak to było nieprawdopodobne doświadczenie…

Co za ironia! W Prima Aprilis szykowałam walizkę do szpitala. I tak strasznie chciałam, żeby to był jeden z tych pierwszokwietniowych żartów Nie mogłam pozbierać myśli. Byłam z nimi sam na sam. Na ostro i bez znieczulenia. Następnego dnia sparaliżowana strachem przechadzałam się nerwowo w szpitalnym wdzianku czekając na operację. Byłam zupełnie sama. Przez covid osoby towarzyszące nie mają wstępu do szpitali. Telefon w depozycie. Odcięta od świata. Operacji bałam się panicznie. Kilku poważnych moje ciało już doświadczyło. A od ostatniej nie minęło nawet pół roku. I do tego ta świadomość powikłań i niemoc sprawcza, bo ot co – leżysz uśpiony na stole i co możesz? Gówno nie możesz.
Gdy wybudziłam się w morfinowym błogostanie, odetchnęłam z ulgą. Było mi chwilowo dobrze. Gdy opuszczałam szpital w epidemicznym popłochu i bólu świeżych ran, znów wrócił strach. Mijałam kolejne sale chorych. Wszyscy onkologiczni. Mój wzrok zatrzymał się na jednej pacjentce. Pakowała się do wyjścia. Gdy usłyszała szum kółek walizki, uniosła głowę. Nasze spojrzenia się skrzyżowały. Widziałam ją pierwszy raz w życiu. Nie mogłabym nic o niej powiedzieć poza tym, że zobaczyłam w jej oczach wielki lęk. Do jego wyrażenia nie potrzebowała słów. Strach, cierpienie, obawę, niepewność, zwątpienie. Zamurowało mnie. Zmroziło. Ona pozwoliła owładnąć się lękowi.

Nie boję się.

Już nie, bo dokonałam wyboru. Tylko tam, gdzie jest trudno, rodzi się szansa na dobre rzeczy. Ot, taki paradoks. Przez ten czas od diagnozy do operacji leżałam poturbowana pod skałami, z których bezwładnie się osunęłam. Byłam zła, smutna, pełna lęku i bólu. Strach brał górę, rany krwawiły, a ja ryczałam jak bóbr, ilekroć spojrzałam na siebie w lustrze. Współczułam sama sobie. To koiło. Pozwalało zrozumieć powracające jak bumerang pytanie “dlaczego ja?” To się zdarza – jak to inaczej rozumieć. Dobrze wiem, że trudności, których doświadczam i uczucia z nimi związane są elementem człowieczeństwa, więc pozwalałam sobie na fochy i szlochy.
Mój przyjaciel porównując mnie sprzed ponad 20 lat ze mną teraz mówi, że kiedyś byłam twarda jak skała, by szczęśliwie dziś stać się wodą – jestem miękka, płynna, zmieniam kształty. I dodaje z uśmiechem, że jednak to woda drąży skały. No właśnie, w tym tkwi moja moc. Współczułam sobie akceptując to, co przeżywam. Byłam dla siebie życzliwa, ale nie rozczulałam się. Z troski o siebie poszukiwałam jak najlepszego rozwiązania sytuacji na pozór bez wyjścia. Z całym przekonaniem mogę powiedzieć, iż mając dużo współczucia dla siebie wcześniej, mogłam stać się odważniejsza. A odwaga jest ważna, bo pozwala szybko się podnieść.

Nie boję się.

Składam się z nadziei i odwagi. Moja nadzieja każe mi dziś sadzić drzewa, choć media donoszą, że jutro świat się skończy. To przekonanie, że co robię dziś ma sens, nawet, jeśli nie jestem w stanie przewidzieć jutra. Ludzie często tracą nadzieję, kiedy skupiają się na celu, a on okazuje się ostatecznie nieosiągalny. Kocham i jestem kochana, a to fundament dobrego życia – ludzi kochających i kochanych nigdy nie opuszcza nadzieja. Wciąż mam poczucie wielkiej mocy, bo uprawiane odkąd sięgnę pamięcią sporty utwierdziły mnie w przekonaniu, że z ciałem można zrobić absolutnie wszystko. Zawsze dbałam o siebie. Zdrowo się odżywiałam od dziecka. Mając 4 dekady na karku, mój wiek metaboliczny to 26 lat, BMI 18, tkanka mięśniowa ponad 77%, a na brzuchu niecałe 2% tłuszczu. Wyniki krwi, EKG, ciśnienie wyśmienite. Rak nie pozbawia mnie zaufania do swojego ciała. Wręcz przeciwnie. Wiem, że mojemu silnemu organizmowi łatwiej będzie walczyć. To nie tak, że przestałam myśleć, że zdrowy tryb życia nic mi nie dał. On teraz zaprocentuje.
Dla mnie bardzo ważne jest, by w chorobie – o ile to możliwe – żyć normalnie. Chcę się śmiać jak zawsze, bawić, wygłupiać z dziećmi, kochać, uprawiać seks, zasuwać samochodem, projektować, jeździć na nartach, otaczać się ludźmi, dobrze się bawić, słuchać głośno muzyki i do niej tańczyć. Bo to wszystko nadaje życiu sens. Bo to są fajne rzeczy, których potrzebowałam i potrzebuję. Więc co mam siedzieć w domu smutna.

Nie boję się.

Że trzeba wyhamować. Że obecnie świat zwolnił. Że trzeba się uczyć inaczej żyć. Trzeba zacząć o siebie dbać, cieszyć się z małych rzeczy, etc. Bo ja zwolniłam dawno temu. Doskonale radzę sobie w biegu, ale to “slow down” przyświeca mi od paru dobrych lat. I jak mówią moje dzieci – mogę, ale nie muszę. Zatem ścigam się z dziećmi, nie z czasem, wiem, gdzie ręce włożyć, pamiętam, jak się nazywam. Codziennie pijam ciepłą kawę. Mam czas dla dzieci. Bez wyrzutów sumienia mam czas dla siebie, na związek, na znajomych. Od lat piekę chleb, mam w domu kasze i makarony, w zamrażarce trzymam wywary i moje gotowe dania, więc nie panikuję, że nie pójdę do sklepu, bo pandemia czy choroba. Pracuję w domu, w którym czuję się dobrze nie od dziś. Obecny rygor spędzania w nim czasu mnie cieszy, a nie wkurza, bo tu czuję się dobrze i bezpiecznie. Zaprojektowałam go tak, by nie zliczając do dziesięciu móc sprawić, że cały bajzel znika. Zachwycam się pięknem błahych rzeczy, cieszą mnie drobnostki. Mam ten sam system wartości od lat. Nie marnuję czasu na powierzchowne znajomości. W moim życiu nie musiała zagościć pandemia czy rak, by je specjalnie przewartościować i teraz prawić morały, że zdrowie przede wszystkim.

Nie boję się.

Wstałam z ziemi pokiereszowana. Nadal leczę rany. Ale jestem silniejsza, zdeterminowana. Taka, jaką najbliżsi kochają, podziwiają. Tym ich inspiruję. Już nie boję się tego, co jeszcze niedawno sprawiało, że zimny pot oblewał moje spięte ciało. Wskrzeszenie siły, która od zawsze we mnie drzemała, sprawiło, że nie boję się pandemii. Stawiam kolejne kroki w moim życiu z czołem uniesionym wysoko. Za mną trudne chwile. Wzmocniły mnie. A moc ta jeszcze mi się przyda. Dodały odwagi, którą mogę się dzielić. Bierzcie ją sobie, jak Wam potrzeba. Mam ją pomimo pełnej świadomości, że w Polsce co roku diagnozę “rak” słyszy 160 tysięcy osób, że 100 tysięcy co roku umiera, że według prognoz na nowotwór zachoruje co czwarty z Was. Co czwarty! Nie boję się nawet, gdy przypomina mi się gest “przecierania oka” aka “odgarniania włosów” środkowym palcem posłanki Lichockiej jako pogarda dla wszystkich pacjentów onkologicznych. Mam tę moc i ruszam dalej radząc pani poseł, by ten palec wsadziła sobie w dupę.

By Miss Brave, 1 maja 2020
  • 3

3
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
1 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
3 Comment authors
AaaadminZofia Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Zofia
Gość
Zofia

Bardzo mądre. Moja śp pamięci mama choć tyle ją spotkało dawała mi taką moc 🙂 . Nawet jeśli miałam problemy to one wydawały się niczym w porównaniu z tym z czym się borykała świetnie. Kilka lat bez nogi ale fajterka niesamowita. Niestety drugi rzut zabił.

Aaa
Gość
Aaa

Jestem 4 lata po diagnozie. Nigdy nie pozwolę żeby choroba zdefiniowanła mnie i to jaka jestem. Po leczeniu założyłam firmę, mam czas dla siebie, dla dzieci i meza, jeżdżę na nartach, podróżuje, sądzę warzywa w ogródku a dzisiaj kupilam sobie rower. Mam 39 lat. Za miesiąc mam kontrolny tomograf, jak co roku. Nie mogę powiedzieć, że nie boję się burzy w moim życiu, jednak coraz częściej wierzę, że to ja jestem burzą. Cokolwiek bedzie sie dzialo…

O MNIE

Z głosem budzika mój mózg wchodzi na maksymalne obroty i pozostaje w tym stanie aż nocne zmęczenie nie zwali mnie z nóg. Myślę, więc jestem - to mnie określa. Myśli ulotne, więc imperatyw każe pisać. Pisać dla Was.

czytaj więcej
PODEJRZYJ MNIE
ZAJRZYJ NA MOJEGO INSTA
Instagram API currently not available.

Newsletter Signup

Zostaw maila, by dostawać info o najnowszych wpisach
Instagram API currently not available.