Back to home
LIFESTYLE

Największy banał w życiu, który tak łatwo ignorujesz

Niełatwe te nasze czasy. Ciekawe, ale niełatwe. Chcesz podróżować, dom postawić, mieszkanie urządzić, mieć super ciuch, nauczyć się mandaryńskiego, kupić najnowszy telefon, schudnąć, wyjechać na zajebiste wakacje. na różne okazje życzysz znajomym szczęścia, pieniędzy i spełnienia marzeń. I tak okrągły rok, w tym samym zawrotnym tempie, że nie masz chwili, by się w tyłek podrapać, a co dopiero mówić o zatrzymaniu, zwolnieniu i zwykłej refleksji, dokąd to tak gonisz. A gdy nawet refleksja owa się pojawi, Twój mózg od razu szuka wymówek. Znajduje kolejne “ale”. A intelekt nie pomaga, bo to taki farbowany lis, dzięki któremu jesteś w stanie wszystko sobie wytłumaczyć i zracjonalizować.

I musi się coś stać wielkiego, spektakularnego. Musi w Ziemię pierdyknąć meteor, pandemia zabrać setki tysięcy istnień ludzkich, musi Ciebie dotknąć bezpośrednio strata kogoś bliskiego czy zdrowia, byś zdał sobie sprawę, co w tym zalatanym życiu jest najważniejsze. Byś zobaczył, jak dużo miałeś, i ile straciłeś. Zdecydowanie za późno doceniamy to, co ważne i na czym powinno nam naprawdę zależeć.

“(…) nikt się nie dowie, jako smakujesz, aż się zepsujesz”

Słabe to bardzo, ale prawdziwe, że dla większości zmiana hierarchii wartości życiowych zależy od stanu zdrowia. Funkcja ta przedstawia się następująco: im lepsze zdrowie, tym hołdujesz bardziej wartościom przyziemnym, im ze zdrowiem gorzej, tym dopiero ważniejsze stają się te absolutne.

A ja Ci powiem, jak to jest z chorobą. Jednego dnia pijesz kawkę ze znajomą, idziesz na koncert, buszujesz po sklepach, drugiego dnia spada na Ciebie jak grom z jasnego nieba diagnoza. I co wtedy? Świat wywraca się do góry nogami. Bo choroba to zawsze jakieś cierpienie. Trzeba odnaleźć się w nowej trudnej sytuacji, zaakceptować konieczność pomocy ze strony innych oraz różne ograniczenia. Często z chorobą w parze idzie utrata marzeń, planów, pragnień. Trzeba w sobie znaleźć kupę pokory, by wielu niewygodom sprostać. Jasne, że można utknąć w swoim syfie i pozostać w nim na długo żywiąc przy okazji złość do świata i nienawiść do ludzi. Ale można też sięgnąć głębiej i skorzystać z tego, co budowało nas od dziecka. Z doświadczeń, dzięki którym staliśmy się odporniejsi, silniejsi, bardziej zdystansowani. Każdy posiada w sobie moc radzenia w różnych sytuacjach. To czas, by tej mocy użyć. Ludzie w swojej pogoni za wygodą zapomnieli, że choroby są wpisane w ich życia, więc warto być na nie choćby w jakimś stopniu gotowym. Znałam taką przemiłą starszą panią, która od zawsze dbała bardzo o siebie i zewnętrznie i wewnętrznie, jednak od lat również walczyła z rakiem. Gdy po chemioterapii wypadły jej włosy, nie ubolewała nad stratą. Reagowała na zakłopotanie rozmówców słowami: “To tylko włosy. Odrosną. Skupiam się na możliwościach, jakie dziś daje mi medycyna. Nie martwię się na zapas. W najgorszym przypadku po prostu umrę jak każdy, więc żyję chwilą i ją doceniam.”

Choroby cholernie osłabiają najmocniejsze fundamenty poczucia naszego bezpieczeństwa. Bez nich wraz z systemem dotychczasowych wartości cały świat może nam w jednej chwili runąć roztaczając tylko ponurą wizję strat, ograniczeń i poczucia niesprawiedliwości. Najważniejsze jest, by nie utknąć na wieki w otchłani rozpaczy, złości i poczucia braku wpływu na swoją rzeczywistość. Ja, na przykład, się czuję bezpieczna, gdy wiem. Po diagnozie potrzebowałam rzetelnej i wiarygodnej informacji na temat mojej choroby, sposobów leczenia, rokowań. Potrzebowałam rozmowy prostym językiem, nie symbolami, nie liczbami, nie słowami po łacinie. Oczywiście, że mój kryzys nadszedł z przytupem, lecz miałam już za sobą wiedzę – moje pierwsze przygotowanie do nieuniknionego kryzysu. Ani na chwilę nie zajrzałam do dr Google’a. Przez myśl mi nie przeszło, by na jakiś forach chwalić się wynikami, zbiorowo podniecać, kto ma gorzej i nakręcać spiralę lęku. Oczywiście, że przez pewien czas leżałam na deskach poturbowana, ale nie pozwoliłam, by mi ktoś odliczył do nokautu.

Największym wrogiem człowieka jest niewiedza. Czasem się zastanawiam, skąd u mnie takie pozytywne nastawienie wobec – jeśli nie śmiertelnej to przynajmniej przewlekłej – choroby. Co pewien czas włącza mi się krytyk sprawdzający, czy przypadkiem nie ma w tym znamion ignorancji. Że może powinnam bardziej się martwić czy jak. Ale co mi to da? Kocham życie, moich najbliższych. Mam dla kogo być zdrowa. Mam swoje cele. Jestem świadoma zagrożenia, komplikacji, ale nie martwię się na zapas. Co się stało, to się nie odstanie – przeszłości nie zmienię, a przyszłości nie przewidzę. Mogę zająć się tym, co teraźniejsze. A obecnie jestem w stanie kontrolować to, co z pozoru niekontrolowane, bo się leczę, wykonałam badania genetyczne, aby ocenić ryzyko wystąpienia wszystkich nowotworów. Za chwilę wykonam też jeszcze szereg badań obrazowych. Nadałam temu moc sprawczą, bo na to mam taki wpływ, że mogę to zrobić. Mogę się zmobilizować. Jakie będą wyniki, nie wie nikt. Jednak dziś się tym nie martwię. Gdy będę je miałam w ręku, udam się do lekarza.

Ludzie chorują w samotności. Znajomi bardzo często nie potrafią odnaleźć się w chorobie bliskiej osoby, więc unikają z nią kontaktu. Nie są gotowi na otwartą rozmowę. Nie wiedzą, jak się zachować. Do tego dochodzi jeszcze zjawisko ciemnogrodu czyli lęk przed zarażeniem nawet niezakaźną chorobą przewlekłą.

Choroby mają swoją dynamikę z wyzwaniami dla każdego etapu i kamieniami milowymi Z doświadczenia mogę powiedzieć, że w tym wszystkim ważna jest jakość życia. Serio. I nadanie mu sensu. Chodzi o to, by każdy dzień był wartościowy, by dawać sobie szansę na realizację potrzeb. I nie chodzi o zatracenie się w jakimś hedonizmie, ale sensowne umiarkowanie z tendencją w dodatnią stronę. Choć panuje taki stereotyp, że jak ktoś jest poważnie chory, to nie ma już pragnień oprócz pragnienia życia czy względnego zdrowia, to muszę przyznać, że większej bzdury nie słyszałam. Jakby chory miał się wyzbyć wszystkiego tego, co go określa i skupić się już tylko na chorobie, leczeniu i wyprawce do trumny. Myślę, że poprzez naturalny proces przewartościowania i od nowa zdefiniowania tego, co ważne, ludzie chorzy jak mało kto wiedzą, co w życiu istotne. A ich potrzeby są bardzo konkretne: bliskość, miłość, dotyk, szacunek, empatia. Pozostała reszta jest do ogarnięcia. Ale potrzeba solidnych podwalin. Zdrowa psychika to podstawa.

Może czas, by zwolnić?

Dlaczego tak to w tym naszym świecie jest, że do tych najważniejszych wniosków dochodzimy późno albo wręcz za późno? Zasuwamy każdego dnia w pogoni za tym, co nas pozornie uszczęśliwi. Nie chcemy zwolnić, by docenić inne wartości, by nauczyć się stawiać granice dzieciom, partnerom, szefom… Żyjemy w przekonaniu, że wszyscy, tylko nie ja, że jesteśmy nie do zdarcia. Mnóstwo w tym sprzeczności. Masz być pracownikiem roku, idealnie wyglądać, odgrywać rolę twardego, zdrowego, sprawnego i szczęśliwego. Powinieneś wiedzieć, co dla Ciebie najważniejsze, a jednak zawsze być silnym i nie okazywać słabości. Powinieneś dbać o odpoczynek, jednak świat każe Ci być najlepszym. Wiesz, że masz dbać o siebie, jednak kilka razy w tygodniu to Ty gasisz światło w pracy. Postanowiłeś się wysypiać, ale jak pojechać na wakacje marzeń, bez dodatkowych zleceń. Cel uświęca środki? Bo trzeba mieć na kredyt, na nowy samochód, boski ciuch, prywatne szkoły dla dzieci, na przeżycia i wakacje, od których żółć znajomych zaleje. Czy zatem wartości te są ważniejsze niż zdrowie? A to wszystko niestety niejednokrotnie na przekór samemu sobie, swojemu organizmowi, psychice. Zapieprzamy jak małe parowozy w takim tempie, że gdy osiągamy cel, nie potrafimy nawet się z niego cieszyć. Ktoś powie: “moim sensem życia jest rodzina”. Czemu zatem nie masz dla niej czasu? Inny dorzuci: “najważniejsze w życiu jest zdrowie”. Dlaczego zatem go nie szanujesz? Czy naprawdę trzeba dotknąć dna, zderzyć się z nieszczęściem czy chorobą, by najważniejsze “mieć” ustąpiło miejsca ważniejszemu jednak “być”?

By Miss Brave, 3 lipca 2020

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
O MNIE

Z głosem budzika mój mózg wchodzi na maksymalne obroty i pozostaje w tym stanie aż nocne zmęczenie nie zwali mnie z nóg. Myślę, więc jestem - to mnie określa. Myśli ulotne, więc imperatyw każe pisać. Pisać dla Was.

czytaj więcej
PODEJRZYJ MNIE
ZAJRZYJ NA MOJEGO INSTA
Instagram API currently not available.

Newsletter Signup

Zostaw maila, by dostawać info o najnowszych wpisach
Instagram API currently not available.