Back to home
PARENTING

Mamo, a kiedy skończy się ten wirus?

To pytanie słyszę przynajmniej po kilka razy dziennie. I choć wiem, że stworzyliśmy Gwiazdom komfortowe warunki pobytu w domu, kurierzy uśmiechnięci na mój ponowny widok każdego tygodnia dostarczają nam literaturę, gry, puzzle, rolki i inne czasoumilacze, mamy ogródek, do którego wychodzisz i zapominasz o areszcie domowym, mieszkamy przy ślepej uliczce, gdzie można jeździć swobodnie na rowerze, hulajnodze, spacerować z psem, zbierać ślimaki, a to wszystko ze spuszczoną maseczką, bo żaden policjant jeszcze tak nie zabłądził, by się na tej uliczce znaleźć, to one tęsknią za rówieśnikami. I ja bardzo dobrze je rozumiem, bo mam tak samo. Chcę do ludzi! Chcę spotkań, kawek, odwiedzin i źle mi z tym, że tego nie mam. Chcę też mojego rytmu dnia, zgranego, przetestowanego i działającego pierwszorzędnie. Rytmu, w którym dzieci były w przedszkolu, a ja korzystając z przywileju pracy w domu potrafiłam się rozdwoić i roztroić tak, by było kupione, ugotowane, spotkane, poćwiczone i rzetelnie popracowane.

Czy ktoś wie, jak się w tym wszystkim odnaleźć? Jak mają się odnaleźć dzieci, skoro ani my, dorośli, a tym bardziej one nie byliśmy nigdy w takiej sytuacji? Mogę im wyjechać Sokratesem z jego “wiem, że nic nie wiem”, gdyż poziom niepewności gwarantowany przez koronawirusa w zasadzie do tego się sprowadza, ale Gwiazdy nie takiej odpowiedzi ode mnie oczekują. Im czas mija wyjątkowo wolno, więc co mam im truć o tygodniach czy miesiącach podczas, gdy 30 minut do bajki zdaje się być astronomiczną wartością, w której można prędzej 7 razy okrążyć Ziemię niż doczekać się Mądrobotów.

Mój czas też się dłuży. Od samego początku. Przecież przez pierwszy miesiąc społecznego dystansowania czekałam na badania i operację. Boszszsz, jak to się ciągnęło do tego początku kwietnia! A potem, po operacji, jak niewiele mogłam? Też masakra. No ale teraz już i wyjdę, i poćwiczę, Gwiazdami się zajmę, dom ogarnę i ugotuję. Niby wszystko to samo, co zawsze. Tylko na robotę czasu brak. W korkach nie stoję, dziewczyn do przedszkola nie rozwożę, zakupów nie robię, na siłownię nie biegam, kawek na mieście nie uskuteczniam, a perspektywy na pracę w ciągu dnia jakby węższe. Że na horyzoncie zmian nie widać, to mi z tym źle i zaczynam się niecierpliwić. Bo muszę wziąć sobie coś na wstrzymanie i czekać. Jeszcze, żebym choć wiedziała na co. Chyba na Godota póki co, bo światełka w tunelu pandemii ni hu hu, nie widać.

Mogłabym rzec, że to opatrzność nad moimi dziećmi wisi, że matka po operacji nowotworowej nie umieści ich na tę ostatnią prostą w placówce, by po ludzku jak na przedszkolaka przystało Nel mogła zamknąć raz na zawsze rozdział przedszkole i po wakacjach rozpocząć szkołę, a Zet pożegnać się przed przerwą w cywilizowany sposób ze swoimi rówieśnikami. Gdyby nie powtarzane sobie cały czas, że muszę dbać, nie mogę się narażać, że jestem w grupie ryzyka, to wypełniłbym twierdząco deklarację przesłaną przez nauczycielki i wykopała młode do przedszkola. Nie dlatego, że chcę poleżeć i popachnieć, zrobić fryz i pazury. Dzieci mi w tym nie przeszkadzają. Lubię spędzać z nimi czas i lubię je mieć gdzieś tam przy sobie. Własnym lenistwem osiągnęłam bardzo oczekiwany efekt – moje Gwiazdy na tyle fajnie same się potrafią sobą zajmować, że czasem aż się smutno robi, że na tak długo znikają z mych oczu zaabsorbowane zabawą w rodzinę królewską, w której odnotowano przypadek koronawirusa. W wielu czynnościach są samowystarczalne. W końcu to już nie niemowlaki i krok krok za nimi chodzić nie trzeba. Może i byłabym tą złą matką, co dzieci jawnie naraża, ale spójrzmy prawdzie w oczy: dopóki nie zostanie wynaleziona szczepionka, dopóty wirus będzie nam towarzyszył i stanowił bezustannie takie samo zagrożenie. Czy to oznacza, że pozostaniemy w naszych domach – więzieniach jeszcze przez długie miesiące? Kto nas wyżywi, kto kredyty popłaci, kto zatrzyma ciepłą posadkę w nowoczesnym biurowcu, by na szczepionkę przeciwko wirusowi można było zarobić?

Przez moją chorobę daruję sobie ten rok szkolny nie bojąc się o dziewczyny, a o siebie. Jednak we wrześniu? Obym dała radę jeszcze do września uczestniczyć w tej degrengoladzie, gdzie nikt się skoro świt nie zrywa, gdy od biura dzieli 18 schodów, gdzie trzeba uciszać Gwiazdy, bo bywają dni, że ojciec miewa 4-godzinne wideokonferencje, 2,5-metrowy stół w jadalni ugina się pod ciężarem podręcznych przydasiów, a ja chcąc usiąść przy nim do quasi-pracy, odgarniam sobie ręką poletko wielkości laptopa i staram się tak zawęzić horyzonty, by nie wkurwiały mnie okruszki, okulary słoneczne, których zaraz ktoś głośno będzie szukał, niedopite soki, zeszyty ćwiczeń oraz piórniki i wszystkie utensylia, które z nich wyszły, książki, chustki suche, chustki mokre, listy zakupów z zeszłotygodniowego polowania w Lidlu, gumki do włosów i nożyczki, o których jutro nikt nie będzie pamiętał, że tu są. Ja tak nie potrafię. Muszę usiąść w sterylnych warunkach, przy stole pustym i długim jak pas startowy, z niezmąconym bajzlem widokiem. Mieć chwilę spokoju na pozbieranie myśli, miejsce na kubek z kawą bez zastanawiania się, czy na stercie syfu stabilnie stoi i pracę w skupieniu.
Chcę odzyskać moją rutynę, w której po odstawieniu dziewczyn do przedszkola i po treningu zasiadam do roboty i choćby skały srały muszę się z nią wyrobić do 15.30, kiedy odbieram Gwiazdy i ofiarowuję im siebie aż do uśpienia. Nie jestem w stanie traktować czasu na pracę jak łaski, co to raz na mnie spłynie po 21.30 i dam radę, a raz nie, bo po całym dniu najzwyczajniej przewracam się na plecy i dupa zbita.

Rozmawiam z dziewczynami o plusach i minusach koronawirusa. Ich radary nastawione są ewidentnie na każde doniesienia związane z przedszkolami i szkołami. Widzę, że jest im ciężko. Jest we mnie sporo empatii, więc współczuję im z całego serca. Głośno. Że na place zabaw nie można, że do kina by się chciało albo na basen. A za 2 tygodnie mamy jeszcze urodziny. Dla niewtajemniczonych przypomnę, że jesteśmy takimi szczęściarami, co to zaczynamy świętować w Dzień Matki, poprzez moje, Zuzy i Nel urodziny w kolejnych dniach. Razem żałujemy, że nie będzie imprezy ani dorosłych ani dzieci, a największe zbliżenia podczas dystansowania ze znajomymi, na jakie nas w obecnych okolicznościach stać to internet.

Jestem więc wyrozumiała dla wszelkich smutków i żalów. “Wiem jak wam ciężko “ powtórzyłam niezliczoną ilość razy. Akceptuję wszystko, co czują. Uczę je, że to jest ok czuć złość, żal, smutek, zniecierpliwienie, tęsknotę. To chyba najlepsze, co w sytuacjach trudnych mogę dla nich zrobić poza tuleniem. Odpuściłyśmy sobie materiał przesłany przez nauczycielki. Stanęłam przed dylematem – czy mieć pod dachem imbecylów czy Einsteinów. Postawiłam na pierwsze. Potrafię opowiadać, dyskutować w sensie stricte, ale nie pouczę. Kiedyś Nel mnie poprosiła, bym nauczyła ją czytać. Poległam. Po czym poprosiła o to samo babcię. Usiadły, pokleiły litery, sylaby, zdania, a gdy wyszły z pokoju, otrzymałam gotowy produkt w postaci umiejącej czytać pięciolatki. Dlatego, choć jestem ideologicznie na wojennej ścieżce z polskim systemem edukacji, zaszczyt ten deleguję profesjonalistom, pedagogom. Ja zaprojektuję dom, wybuduję go radząc sobie z wykonawcami, ale dzieci własnych nie pouczę. Szkoda nerwów.

Czekam więc na moment, gdy pójdą do przedszkola, szkoły i tam się wszystkiego nauczą. Teraz, choć gryzę paznokcie wypatrując chwili, gdy znów zobaczę Gwiazdy we wstecznym lusterku samochodu wioząc je do placówek, przedłużam im dzieciństwo, daruję podstawę programową, przyjmując wciąż lakoniczne podejście do wiedzy i licząc, że niedługo po prostu sama położę temu kres..

By Miss Brave, 16 maja 2020

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
O MNIE

Z głosem budzika mój mózg wchodzi na maksymalne obroty i pozostaje w tym stanie aż nocne zmęczenie nie zwali mnie z nóg. Myślę, więc jestem - to mnie określa. Myśli ulotne, więc imperatyw każe pisać. Pisać dla Was.

czytaj więcej
PODEJRZYJ MNIE
ZAJRZYJ NA MOJEGO INSTA
Instagram API currently not available.

Newsletter Signup

Zostaw maila, by dostawać info o najnowszych wpisach
Instagram API currently not available.