Back to home
LIFESTYLE

Jak szczęście może być nieszczęściem?

Od czasu do czasu oglądam różne TEDy. Podoba mi się reżim 20 minut do przekazania całej syntetycznej wiedzy. Łebscy tego świata: naukowcy, politycy, przedsiębiorcy i działacze społeczni fajnie mówią i swoimi wykładami dają do myślenia. Dziś obejrzałam wykład prof. Daniela Gilberta z Harvard University o szczęściu. Zaintrygował mnie na tyle, że wygooglowałam go sobie i znalazłam jego inny występ – akurat na Copernicus Festival w Krakowie. Był on rozwinięciem wykładu TEDa i miał tytuł; “Szczęście – czego nie powiedziała ci matka”. Facet nie jest filozofem, jakby się mogło zdawać, ale naukowcem. Wow! Zgłębia szczęście od strony naukowej, od strony danych, statystyk, wyników badań. A ja, jako, że lubię sobie wszystko racjonalizować, często czucie zamieniam na szkiełko i oko.

Facet wziął pod lupę trzy rzeczy wspólne dla ludzkości na każdej szerokości i długości geograficznej jak świat stary, które sprawiają, że ludzie są szczęśliwi. To małżeństwo, kasa i dzieci. Wykazał, jakie to wszystko jest względne i jak ludzie na całym świecie mają, a jednocześnie nie mają racji.

Małżeństwo
Jak pokazują badania, ludzie w związkach sformalizowanych są szczęśliwsi zarówno od tych, którzy żyją w związkach partnerskich jak i od singli. To mnie zaciekawiło, ponieważ sama żyję w związku partnerskim, a jednym z licznych argumentów, by nie brać ślubu, jest moje przeświadczenie, że po latach życia na kocią łapę, ślub nic nie zmienia. Z innej mańki, zaraz ktoś powie, że przecież są ludzie, którzy zaznają prawdziwego szczęścia dopiero po rozwodzie. I racja, bo mowa tu tylko o szczęśliwych małżeństwach. Tak więc jeden będzie szczęśliwy, bo jest szczęśliwie pożeniony i tworzy z małżonką szczęśliwą parę, inny – choć po rozwodzie był totalnie załamany – to po upływie pewnego czasu uważa, że rozwód to było najlepsze, co mu się w życiu przytrafiło. Dzięki niemu spotkał kogoś, kogo pokochał na zabój. Obaj panowie są szczęśliwi – i ten, co z automatu zaznał szczęścia i ten, co musiał sobie coś poukładać, by szczęście wypracować.

Kasa
Podobno pieniądze szczęścia nie dają, bo powinno ono wypływać z wnętrza człowieka. Ja się nie zgadzam. Według mnie to bulszit, który na moich oczach został poparty naukowo, bo podobno żadne badania nie wykazały, by pieniądze nie dawały szczęścia. I udowodnijcie mi że człowiek zarabiający więcej jest mniej szczęśliwy. Za kasę można kupić prawie wszystko. W najlepszej sytuacji są osoby, które zaczynały z marnymi zarobkami i dostępują zaszczytu awansu do klasy średniej. To przed nimi właśnie otwierają się najszersze perspektywy polepszające komfort życia czyli możliwość kupowania dobrej jakości jedzenia, dobre warunki lokalowe, porządny samochód, zagraniczne wakacje, prywatna opieka medyczna i ogólnie pojęte zabezpieczenie rodziny. Paradoksalnie osoby, które przechodzą z klasy średniej do wyższej wcale już takiego szczęścia nie zaznają, a awansujący do klasy premium to prawie ogóle. Na dowód tego usłyszałam dziś, że dla 90% Amerykanów poczucie szczęścia zapewnia dochód roczny w wysokości 60 tys. dolarów, który – choć dobry – w żaden sposób nie zbliża do bogactwa. Nie o miliony tu chodzi. Zresztą, gdy pyta się ludzi, jak by wydali pieniądze wygrane na loterii, automatycznie odpowiadają, że rzucą pracę i nie będą nic robić. A okazuje się, że przez to nie staną się szczęśliwsi, bo gdy się nic nie robi, zaczyna się za dużo myśleć. Przychodzą wtedy czarne myśli. Poczucie szczęścia samo spada. I tu znów mamy do czynienia ze względnością szczęścia.

Dzieci
Najbardziej kontrowersyjny punkt programu – według obszernych i rzetelnych badań, jakie zostały poczynione w kierunku. Ponieważ w tej kwestii naukowcy nie dowierzali najbardziej, okazuje się, że dzieci szczęścia nie dają. A do tego badania mówią coś jeszcze – ludzie bezdzietni są szczęśliwsi. Yyy? Odruchowo przeciwko temu stwierdzeniu każdy rodzic zaprotestuje, albo przestanie dalej czytać. W USA jest i tak lepiej niż w Polsce, gdzie poziom zadowolenia z posiadania dzieci jest znacznie niższy. Podobno zależy to od geografii. Zgoda. Ale dorzuciłabym, że również od stylu życia – czy mówimy tu o krajach rozwiniętych czy nie, plemionach czy społeczeństwach cywilizowanych. No dobra, to geografia… Jak to jest, że gdy słyszy się tak śmiały wynik wieloletnich badań, chce się od razu zaprzeczyć? Potem jednak przychodzi głębsza refleksja. Dziś kocham moje dzieci najbardziej na świecie, ale argument, jakim posłużyłam się, by je mieć i zamknąć rozdział zajebistego bezdzietnego życia jest totalnie z dupy – nie chciałam nigdy w życiu pożałować, że ich nie mam. I idąc dalej – mając dzieci więcej się martwię i o nie, i o eM, i o siebie niż, jak ich nie miałam, mam więcej stresów, jestem bardziej zmęczona, mam mniej czasu dla siebie i na przyjemności, a koszty życia wzrosły. W dodatku wychowanie dzieci to mega wysiłek. Oczywiście, że mając dzieci zyskujemy wspaniałe momenty, ale za ogromną cenę płaconą głównie przez kobiety. Co więcej – na potrzeby wykładu zostały przytoczone badania jednego ekonomisty, które określały poziom szczęścia kobiet wykonujących różne czynności w ciągu dnia. Jedzenie i spotkania towarzyskie uplasowały się najwyżej, najniżej, co wcale nie dziwi były zakupy jedzeniowe i sprzątanie domu. Ten sam człowiek zapytał więc kobiety, gdzie w tym umiejscowiłyby opiekę sam na sam nad dziećmi. Ha ha, nie uwierzycie, że opieka zajęła miejsce nieco wyższe od sprzątania.

Życiowe fuckupy
Gilbert prezentuje na wykładach całkiem zaskakujące wnioski na temat szczęścia podając przykłady ludzi, którzy w swoich porażkach dostrzegli coś dobrego. Posługuje się m.in przykładem Ronalda Wayne’a współzałożyciela Apple’a. Kto się interesował fenomenem firmy, ten zna gościa, który przez całe 2 tygodnie był wspólnikiem Jobsa, a potem sprzedał swoje udziały – dziś warte 90 miliardów zielonych – za 800!!! dolarów, a mimo to mówi, że nie żałuje decyzji. Kolejny przykład to pierwszy perkusista The Beatles Pete Best, który odpuścił konkurowanie o posadę z Ringo Starrem Też dziś tego nie żałuje. Generalnie wszyscy jego bohaterowie kwitują, że złe decyzje, które podjęli w konsekwencji okazały się wspaniałym doświadczeniem. No i mamy kolejny paradoks ze szczęściem, który znów dał mi do myślenia. W odpowiedzi jak z automatu stanęły mi przed oczami dwa rodzinne przykłady. Jeden to wyemigrowanie na stałe do Włoch za czasów PRL. Takie plany mieli moi rodzice, kiedy byłam niemowlakiem. Wszystko było już praktycznie załatwione, ale umarł mój ojciec i szlag emigrację trafił. We Włoszech żyłoby nam się o wiele lepiej, łatwiej i dostatniej, wśród wielu dobrze prosperujących włoskich znajomych nie sądzę, by czegoś nam brakowało. Ale nie żałuję, choć na pierwszy rzut oka wielka szansa przeszła mi przed nosem. Cieszę się, że zostałam w Polsce, bo to zdeterminowało całe moje życie wraz z miłościami i przyjaźniami. Drugi przykład to historia mojego dziadka podobna trochę do Ronalda Wayne’a, który po wojnie miał być wspólnikiem Grycana, ale się wycofał. Kiedy byłam mała, często mi opowiadał tę historię, a ja nie mogłam zrozumieć, dlaczego mimo to jest szczęśliwy i nie żałuje. A Gilbert ma na to naukowe wytłumaczenie, które nazywa zdolnością ludzi do syntetyzowania szczęścia. Szczęście naturalne ma ten wspomniany pan, co się szczęśliwie ożenił, a syntetyczne ten, co po rozwodzie musiał swoje zbudować. I który jest szczęśliwszy? Obydwa szczęścia różni tylko sposób myślenia o nich.

Płat czołowy
Odróżnia nas, Homo Sapiens, od naszych przodków sprzed 2 milionów lat. Krótko mówiąc to tam kreowana jest nasza wyobraźnia. To ona pozwoliła człowiekowi zejść z drzewa i wciąż pcha w stronę rozwoju, ale układ ten ewolucyjnie jest młody. Zdarzają się błędy w Matrixie. Błąd polega na tym, że z pozycji i na podstawie teraźniejszości wyobrażamy sobie przyszłość i to wyobrażenie jest zawsze nie do wyobrażenia w przypadku skrajnych zdarzeń jak na przykład choroba czy wojną. Jeśli zapyta się zdrowego człowieka, jak by się czuł, gdyby zachorował na raka, jego wyobrażony poziom szczęścia spada do zera. Wyobrażenie o przyszłych tragicznych wydarzeniach od razu kieruje nas do psychiatryka. Tymczasem poziom szczęścia osób chorych równa się temu u osób zdrowych. Gdy pyta się natomiast chorego, jak by się czuł, gdyby wyzdrowiał, poziom jego szczęścia tylko trochę rośnie. Z wojną jest tak samo. Przed zbliżającą się II wojną światową wyobrażenie ludzi, jak to na tej wojnie będzie było mocno katastroficzne, tymczasem przez te 6 lat ludzie normalnie funkcjonowali. Bawili się, świętowali Nowy Rok, kobiety rodziły dzieci. Niesamowite. Ale to dobre wyjście z progu, bo oznacza, że to, o czym się myśli, że będzie straszne, okazuje się znośne a nawet niezłe. Tak się dzieje dzięki wielkiej odporności psychicznej człowieka. Jest większa niż mu się samemu zdaje. Badania mówią, że 75% ludzi, którzy przeżyli coś bardzo złego: śmierć bliskiej osoby, atak terrorystyczny, wojnę po upływie dwóch lat od tych wydarzeń czują się dobrze. Ja potrzebowałam 4 lat, by wylizać rany. Ale z dzisiejszej perspektywy jestem w stanie pójść za ciosem i stwierdzić, że nie chciałabym cofnąć czasu, bo dzięki temu, co się stało zbudowałam nowe szczęście.

Ważne jest nastawienie
Zresztą w słowa najpiękniej ujął to Shakespeare; “Nie jest złe ani dobre samo przez się, tylko myśl takim je czyni” – co ze starego na nasze znaczy tyle, że to nie świat sprawia, że jesteśmy szczęśliwi lub nie, tylko to, jak go postrzegamy.

By Miss Brave, 18 marca 2019

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
O MNIE

Z głosem budzika mój mózg wchodzi na maksymalne obroty i pozostaje w tym stanie aż nocne zmęczenie nie zwali mnie z nóg. Myślę, więc jestem - to mnie określa. Myśli ulotne, więc imperatyw każe pisać. Pisać dla Was.

czytaj więcej
PODEJRZYJ MNIE
ZAJRZYJ NA MOJEGO INSTA
Instagram API currently not available.

Newsletter Signup

Zostaw maila, by dostawać info o najnowszych wpisach
Instagram API currently not available.