Back to home
LIFESTYLE

Dlaczego straciliśmy odporność psychiczną

Jak zwykle rano wyszłam z domu na ćwiczenia. Dziś leciałam na 8.15. Wspaniała pora, by obserwować z boku w ferworze nieustającej walki z czasem różne zachowania ludzkie. Objęte strajkiem nauczycieli dzieci sprzedałam eM do pracy, co oznaczało, że na siłownię nie muszę jechać samochodem, a mogę przesiąść się na rower. Plecak, klucze, kask i jadę.

Nie ujechałam 200 m, jak już zostałam obtrąbiona przez narwanego kierowcę dostawczaka, któremu na pięć metrów szeroka ulica to mało, by mnie wyminąć. Ale zachowałam stoicki spokój, bo co mnie może rano bardziej wytrącić z równowagi niż wyszykowanie się na konkretną godzinę z dwójką dzieci. A i w tym przypadku potrafię stać się ostoją spokoju. Cała reszta to pikuś. Popedałowałam dalej do ścieżki rowerowej. A tam równolegle ciągnie się chodnik. Ale ścieżka rowerowa gładsza. Może dlatego cześć pieszych nią podąża zamiast wybrać bezpieczniejszą opcję dla tych na nogach. Kto wie. Po drodze trafił się rowerzysta, czujący silną potrzebę konfrontacji. Zatrzymał się. Poleciała wiącha do pieszego. Pieszy nie pozostał dłużny. Odrzucił werbalne mięso i gdy ich mijałam, już się szarpali. Dalej, na horyzoncie skrzyżowanie. Tłum przechodził szybko, bo na przystanek zajeżdżał autobus. Ktoś się przewrócił. Prawie po nim przeszli. Nikt nie wyciągnął ręki, nikt nie zatrzymał się i nie zapytał, czy wszystko ok. Pozbierał się człowiek wobec zbliżających się na klaksonie samochodów, którym w międzyczasie zaświeciło zielone. Ci potrąbili, ten pokrzyczał. Tyle. Po drodze zajrzałam do sklepu, bo zapomniałam zabrać wodę. A tu awantura. Klient wykrzykuje, że żyje w wolnym kraju, że jego wolność to między innymi możliwość wyboru, więc będzie macał każdego banana, żeby skompletować najlepsze dla siebie. Eh, pułapka wolności. Na koniec, tuż przed siłownią skwerek. Na skwerku mama z płaczącym dzieckiem. Krzyczy na nie, bierze za fraki i potrząsa. Drze się matka wniebogłosy, że już płaczu malucha nie słychać, że niegrzeczne, że nie słucha, że złośliwe i ona mu pokaże. Zapytałam tylko, czy mogę jakoś pomóc… Zatkało.

Ludzie, co z wami jest nie tak!
Tracicie nerwy z byle powodu. Sama jestem choleryczką, ale heloł, nad tym da się zapanować. Idę o zakład, że na całym świecie próżno szukać człowieka co oazą spokoju się zowie. Co pozostaje w notorycznej równowadze psychicznej będąc niewzruszonym wobec bólu, ciosów, strat, lęków, zwątpień, cierpienia i niepokojów. No nie ma takiego. Ba, nasz doskonale sfałdowany mózg w imię nadrzędnego celu jakim jest biologiczne nastawienie na przetrwanie i prokreację, dopuszcza niekontrolowane zachowania jak wybuchy złości, wietrzenie wroga, irracjonalne zauroczenie. Tylko, że dziś wszyscy to wszystko wiemy. Możemy nad tym panować. Natomiast uważam, że rozwój cywilizacyjny i konsumpcjonizm nam tego nie ułatwia. Pogubiliśmy się w opacznie pojmowanej wolności kapitalizmu, zatraciliśmy się w rywalizacji i w wiecznym pędzie zapomnieliśmy o cierpliwości. A ma to wspólne źródło. Wiesz jakie?

Żyjemy szybko. Pośpiech towarzyszy nam przy wstawaniu, śniadaniu, w drodze do pracy, w spotkaniach, w seksie i paradoksalnie odpoczynku. A gdy człowiek się spieszy, to robi się nieostrożny. I nie – u – waż – ny. Nie ma czasu na pełne zaangażowanie w czynność. Nie ma czasu na szczere zainteresowanie. Na dopracowanie, koncentrację. Droga na skróty wiedzie przez fejsbuki, mesendżery i tindery. Pędzący człowiek jest ślepy na innych. W pośpiechu to i Matka Teresa by się nie zatrzymała. Z prostej przyczyny – nie zauważyłaby potrzebującego. Aby zauważyć, trzeba zwolnić. W biegu wszystko się rozmazuje.

Tylko, że czasy nakazują być w biegu, bo bieg jest istotą dzisiejszego “być”. A “być” oznacza bezustanną rywalizację. Od narodzin mamy być lepsi od innych. Masowa kultura hołduje wyszczekanym egoistycznym małolatom – idealnym kandydatom na pokonywanie, eliminowanie, terminowanie. … konkurencji w korpo-wyścigach o złote kalesony. A człowiek dalej idzie w zaparte, bo należy sprostać oczekiwaniom, Prosta próbując potem złapać krótki oddech przygnieciony ciężarem własnego perfekcjonizmu.Przekonany o swojej zajebistości korzysta z wolnego wyboru. Móc wybierać partnera, zawód, styl życia – to niepodważalna zdobycz cywilizacyjna, ponadklasowa. To luksus. w efekcie ponosi pełną odpowiedzialność za swoje wybory. Przed sobą. No więc rozdarty jest ten współczesny człowiek. Bo wiecznie chce emocji, ekscytacji, mięsa.

I samotność wszechogarniająca tych, co w pośpiechu, na wyścigach czy w obliczu życiowych wyborów. Ja stawiam znak równości między współczesnym człowiekiem a osamotnieniem. Bo dzisiejszy człowiek jest cholernie samotny. Z partnerem, rodziną, znajomymi jest sam w swoim świecie doświadczeń, przeżyć, aspiracji.

I jesteśmy w tym wiecznym pośpiechu, w stanie wojny z innymi gotowi na eliminujące starcia, w stanie wojny ze sobą i swoimi wyborami, bo? Bo jesteśmy zmęczeni, bo nasze ambicje, poprzeczki są wysokie, bo nauczono nas o wszystko ze wszystkimi walczyć, bez poddawania, które w normalnym świecie nazywałoby się tylko akceptacją tego, co jest. A może szczęściem? Ale chcemy więcej, tylko to więcej okupione jest straszną ceną – przepracowaniem, zmęczeniem materiału, zajechaniem, wypaleniem. A my udowadniamy sobie i światu, że możemy więcej, że co nie zabije to tylko nas wzmocni, że tak, możemy bez tchu całe życie przeżyć. No nie. Nie możemy. Człowiekowi zmęczonemu, niewyspanemu w zastraszającym tempie wyczerpuje się tolerancja. Kończy się cierpliwość. Zajechany w pracy ogromem obowiązków i odpowiedzialnością na miarę całego zespołu ekspertów a nie indywidualną pracę jednostki, zajechany w domu przez rosnące materialne wymagania domowników i społeczne oczekiwania bycia nowoczesnym ojcem, kochającą obecną matką, empatycznym partnerem, traci zmysły, daje się byle czym wyprowadzić z równowagi. A błahostki rosną mu do rangi wielowarstwowych konfliktów międzynarodowych. Presja wielka, a chęć fajnego życia i czerpania z niego esencji tłucze się po głowie od otwarcia oczu jak mantra, która przerwana czyimś zwróceniem uwagi, czy niechcianym szturchnięciem wytrąca z równowagi i doprowadza do ostateczności.

Słabo się przedstawia nasza odporność psychiczna. Chciałabym być optymistką, ale w świecie non-fiction nie ma się czego dobrego spodziewać. Polepszenia na horyzoncie próżno wypatrywać. Żyjemy coraz dłużej. Coraz więcej ról jest w tym długim życiu do odegrania. Powszechny obowiązek odbycia rocznej terapii na kozetce psychologa mógłby okazać się trafionym w dziesiątkę rozwiązaniem w szczególności po to, by przyjrzeć się samemu sobie, swoim prawdziwym potrzebom, marzeniom, planom. Czy terapia gwarantuje odzyskanie odporności psychicznej? Tego nie wie nikt, ale może pomoże zapanować nad lękami, nauczy podejmowania właściwych decyzji, przygotuje na nieuniknione w życiu ciosy, pokaże, jak bezwarunkowo kochać, jak zadbać o przyjaciół. A może podpowie, jak cieszyć się z małych rzeczy.

By Miss Brave, 24 kwietnia 2019

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
O MNIE

Z głosem budzika mój mózg wchodzi na maksymalne obroty i pozostaje w tym stanie aż nocne zmęczenie nie zwali mnie z nóg. Myślę, więc jestem - to mnie określa. Myśli ulotne, więc imperatyw każe pisać. Pisać dla Was.

czytaj więcej
PODEJRZYJ MNIE
ZAJRZYJ NA MOJEGO INSTA
Instagram API currently not available.

Newsletter Signup

Zostaw maila, by dostawać info o najnowszych wpisach
Instagram API currently not available.