Back to home
PARENTING

Dlaczego nie jestem surową matką

Naczytałam się różnych bzdur w internetach od pseudo specjalistów od chowania dzieci, co przy okazji 1 czerwca próbowali wypłynąć ze swoją nie-wiem-na-czym-opartą-wiedzą na temat wychowania potomstwa. Rady, porady, uwagi, przykłady. Statystycznie większość porad była o surowym wychowaniu. Czyżby dzieci chowane “bezstresowo” trochę podrosły i zaczęły dawać w kość? I co? Teraz z postawy hulaj dusza, piekła nie ma trzeba zacząć promować zamordyzm, bo inaczej sobie z dzieckiem nie można poradzić? No nie wiem, nie wiem. Ale zaraz napiszę, co wiem.

Mój przyjaciel raz miał żonę. I ta żona nazywała siebie wielką zaklinaczką i znawczynią dzieci. Gdy studiowała, to dorabiała sobie jako niania dziecka swojej szefowej i to pozwoliło jej na te uzurpatorskie tytuły. Wszak sama wtedy matką nie była. Uchodziła za osobę, za którą dzieci przepadają. Moja wtedy zupełnie malutka Nel była tego przykładem. Ale umówmy się, trochę się pośmiać, trochę porobić “akuku”, trochę połaskotać, a dziecko rechocze jak żaba latem i szczerzy się do dorosłego prezentując w pełnej okazałości bezzębne dziąsła. Ale wracając do historii, to ta żona śmiało wypowiadała się na tematy wychowawcze. Wtedy zawsze przybierała lekko groźną minę i opowiadała o swoich pomysłach na dzieci i o tym, że trzeba je trzymać krótko i surowo. Któregoś razu, gdy Nel powoli rozstawała się z polerką podłogi i zaczynała mierzyć znacznie wyżej, owa żona stwierdziła, że jest to już najwyższy moment zabrać się za porządne wychowanie dzieciaka, bo potem będę zbierać wszelkich błędów żniwa. Zapytała mnie, kiedy zaczynam łamać Nel. Ja, matka od niespełna roku, zrobiłam wielkie oczy, otworzyłam usta, w głowie szumiało, że coś umknęło mojej zorganizowanej, wielozadaniowej uwadze. Nie wiedziałam, jak odpowiedzieć jej na to pytanie. A jej po prostu chodziło o to, że taki maluch zaczyna mieć swoje zdanie. Z postępem jego mobilności otwiera przed nim nieskończone możliwości go egzekwowania i domagania się postawienia na swoim. Innymi słowy dziecko nas wypróbowuje, by dowiedzieć się, gdzie rodzice mają swoje granice i jak bardzo są skłonni do współpracy naginając je. Ale ona była zdania, że dziecko ma robić to, co rodzic chce. Że ma “być grzeczne” i ma “się słuchać”. I że w wychowaniu nie ma miejsca na negocjacje, elastyczność. Dziecko, choćby miało wyć cały dzień, ma w końcu zrobić tak, jak rodzic każe. Koniec. Kropka. Basta. Finito.

No mnie swoją postawą zmroziła. Bo ja wychowując dzieci słucham siebie. Swojej intuicji. I wchodzę w ich buty, by zastanowić się, jak na ich miejscu chciałbym być traktowana. Codziennie mam przed sobą ludzi, których zdanie szanuję i z którymi się liczę. Co z tego, że ludzie ci z metra cięci. Nie wiem, jak można łamać dziecko, jak można być w ogóle dla dziecka surowym i czemu miałoby to służyć. Czy dzieciak ma się mnie bać? Trochę nie mieści mi się to w głowie. A jednak znaleźli się tacy, co o tym wspomnieli niespełna kilka dni temu.

Nie wychowuję dzieci surowo. Nie mam takiej potrzeby! Ale nie dlatego, że są aniołami. Urodziłam dwie niepokorne indywidualistki. Dzieci, które od swoich pierwszych dni na tym świecie wychodzą poza schemat. Dzieci trudne, bo czasem totalnie nie do okiełznania, wiec i pewnie dla niejednego niegrzeczne, nieposłuszne. Dla mnie wyraziste. Żywe srebra. Wrażliwe. I celowo nie piszę, że mądre, najlepsze, najpiękniejsze. Znam ich superbohaterskie moce i ludzkie ułomności. To dzieci chcące wszystko wiedzieć, ciągle dociekające. Tu nie ma taryfy ulgowej. Od otwarcia oczu serwują mi treningi fizyczny i intelektu. Nie odpuszczają. I teraz co? Mam je ganić za to, jakie są? Temperować, poskramiać, łamać charaktery? Oczywiście, że są niegrzeczne w tym potocznym rozumieniu, ale ja nie chcę grzecznych dzieci. Nie chcę dzieci nijakich. I w skrytości serc wołam “Yes!” za każdym razem, gdy ich logiczne argumenty czy spontaniczne czyny sprawiają, że mi szczęka opada i jeszcze długo nie mogę jej z podłogi pozbierać.

Możesz uważać, że dzięki byciu surowy rodzicem, Twoje dzieci się lepiej zachowują, są bardziej karne. Na pierwszy rzut oka, spoko. Jednak dyscyplina i autorytarne wychowanie wcześniej czy później stworzą problemy z zachowaniem dzieci. Dlaczego?

Dla mnie surowe wychowywanie jest jak wymuszanie i robienie z dzieci automatów zaprogramowanych pod potrzeby dorosłych. Jeśli coś na dziewczynach wymuszam, pozbawiam je możliwości wzięcia za to odpowiedzialności. Oczywiście, że surowe ograniczenia sprawiają wrażenie, że zachowanie dzieci mam pod kontrolą. Tymczasowo. Bo nie pomagają dziecku nauczyć się samokontroli.

Autorytarne wychowanie opiera się na strachu. Jeśli dzieci robią to, co chcesz, bo się Ciebie boją, to dla mnie to jest przejaw zastraszania. Przesada? A czym od zastraszania się różni? I teraz, jak mam budować relację opartą na zaufaniu, gdy pomiędzy nas wedrze się strach? Bojące się mnie dziecko nie zaufa. Proste. W ogóle w głowie mi się nie mieści, że Nel czy Zet miałyby się mnie bać. Przecież nie można czuć strachu przed osobą, którą się kocha. To się wyklucza. A ja chcę ponad wszystko, by Gwiazdy mi ufały. Dziś mi ufają i mówią, że po kryjomu zjadły kawałek czekolady, jutro chcę, by przyszły i powiedziały, że wypiły pierwszy alkohol czy zapaliły trawę. Mają się nie bać. Mają za każdym razem wiedzieć, że nie będzie karnego jeżyka, szlabanu, ani wyciągania konsekwencji, ani ochrzanu czy innych z dupy kar. Za to zawsze usłyszą ode mnie, co w danej kwestii myślę. Dostaną argumenty, dlaczego tak uważam. Resztę przepracują same. Dzieci to potrafią. Wystarczy im zaufać.

“Łamane” dzieciaki mają tendencje do gniewu i depresji. Surowi rodzice nie są, aby pomóc swoim dzieciom nauczyć się radzić z tymi trudnymi uczuciami, które nimi kierują. Pozostają samotne, próbując same ogarnąć swoje emocje. Nie wyobrażam sobie, żeby mały człowiek nie mógł wyrazić strachu, zadowolenia, złości, radości, frustracji, ekscytacji. Przecież to naturalne. Dzieci w końcu są bardzo bezpośrednie. Bycie surowym oznacza wymaganie, by dzieciak “zachowywał się”, by spełniał oczekiwania dorosłych, a nie wyjeżdżał z emocjami, bo emocje u dzieci oznaczają kłopoty. Moje Gwiazdy uczę, że wszystkie emocje są ok. Oczywiście, że wolę, gdy się śmieją, niż gdy wpadają w furię. Ale nie powiem im, żeby się nie wściekały, bo złość piękności szkodzi. Nie pokażę, że złości nie akceptuję. Przecież jest takim samym uczuciem jak każde inne. Surowy rodzic nie liczy się z emocjami swoich dzieci. On chce, by dziecko zachowywało się w akceptowany przez niego sposób. Znów użyje strachu. Znów stłumi w dziecku jego temperament. A ten temperament – choć mi ciężko z nim na co dzień żyć – jest powodem do dumy. Jeśli moje dzieci są w stanie się ze mną nie zgodzić, są w stanie protestować, gdy mają odmienne zdanie, artykułują dosadnie swoje potrzeby, to wierzę, że w ten sam sposób postąpią, gdy ktoś będzie je namawiał do złego, gdy znajdą się w sytuacji, kiedy ktoś nie uszanuje ich odmowy lub ktoś będzie chciał je skrzywdzić. Wiem, że nie złożą wtedy ust w ciup, nie dygną usłużnie i nie wykonają posłusznie tego, na co nie mają ochoty i co nie będzie z nimi w zgodzie. Tak, dziś mi z tym nie jest na rękę. Jakże wszystko byłoby prostsze, gdyby moje dzieci się ze mną zawsze zgadzały i zawsze się słuchały. Nie byłoby guzów, zdartych kolan, odmrożonych rąk, katarów. Ile czasu byśmy zaoszczędziły na dyskusjach. Mogłabym pisać wtedy, że jestem surowa, ale mam grzeczne dzieci. Jednak grzeczne nie są. Spolegliwe też nie, ani pokorne. Mogę za to napisać, że jestem cholernie dumna z tego, jakie są i triumfuję uważając to za duży sukces.

Dyscyplina oznacza władzę. Gdzie są surowi rodzice, jest zachwiana równowaga sił: jest wszystko mogący rodzic i mające być posłuszne dziecko. Dzieci wychowane w ścisłej dyscyplinie uczą się, że władza nad słabszym jest ok. Uczą się słuchać, ale nie uczą się myśleć za siebie. W późniejszym okresie życia nie będą kwestionować tej władzy, gdy powinny. Będą mniej skłonne brać odpowiedzialność za swoje czyny i bardziej skłonne podążać za przysłowiowym owczym pędem lub unikać odpowiedzialności, mówiąc, że starają się tylko „wykonywać rozkazy”. Czy tego życzyłabym swoim córkom. A w życiu!

Dzieci wychowane z ostrą dyscypliną mają tendencję do bycia bardziej złymi i buntowniczymi jako nastolatki i młodzi dorośli. Aby zobaczyć dlaczego, wystarczy zastanowić się, jak to działa dla większości dorosłych. Praktycznie wszyscy wychowywaliśmy się z pewnym stopniem surowości, co oznacza, że mamy problemy z samoregulacją. Czasami objawia się to gniewem i urazą na wszelkie postrzegane granice lub krytykę, albo też nadmierną reakcją, gdy myślimy, że ktoś próbuje nam powiedzieć, co mamy robić. Czasami objawia się to jako bunt przeciwko ograniczeniom, które sobie narzucamy.

Dzieci wychowywane przez surowych rodziców „robią dobrze” tylko wtedy, gdy są kontrolowane. Staram się tak wychowywać dziewczyny, by właściwie postępowały w zgodzie ze sobą, a nie w strachu, co rodzice powiedzą. To oczywiste, że przy zamordyzmie zerwane ze smyczy wpakują się w kłopoty, a przy okazji staną się też doskonałymi kłamcami. Czy tego chcę? A skąd! Dlatego nie zabijam ich bezpośredniości. Nie karcę za zachowanie. Tłumaczę, dyskutuję. Staram się być wobec nich fair, licząc po cichu, że i one takie wobec mnie będą. Autorytarne rodzicielstwo podważa relację rodzic-dziecko. Rodzice, którzy odnoszą się do swoich dzieci w sposób karzący, muszą odciąć swoją naturalną empatię, co sprawia, że związek ten jest mniej satysfakcjonujący zarówno dla rodzica, jak i dla dziecka.

Bycie surowym nie działa w kreowaniu lepiej zachowujących się dzieci; w rzeczywistości sabotuje wszystko, co pozytywne, co robimy jako rodzice i utrudnia naszym dzieciom rozwijanie emocjonalnej samodyscypliny. Czy zatem pobłażliwe rodzicielstwo działa? Nie. A co działa? Autorytet. Nie autorytaryzm. Działa wyznaczanie granic, rozmowa o nich oraz ich respektowanie. Nie być surowym nie oznacza cudownego bezstresowego wychowania. Nie wyobrażam sobie, by dzieci mi weszły na głowę. Ale wierzę i widzę po moich Gwiazdach, że między dziećmi a rodzicami może funkcjonować więź oparta na wzajemnym poszanowaniu, zaufaniu, słuchaniu, akceptowaniu i miłości. U nas nie jest nijak. Nie jest grzecznie. Są emocje. Jest szczerze i wyraziście.

By Miss Brave, 4 czerwca 2020

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
O MNIE

Z głosem budzika mój mózg wchodzi na maksymalne obroty i pozostaje w tym stanie aż nocne zmęczenie nie zwali mnie z nóg. Myślę, więc jestem - to mnie określa. Myśli ulotne, więc imperatyw każe pisać. Pisać dla Was.

czytaj więcej
PODEJRZYJ MNIE
ZAJRZYJ NA MOJEGO INSTA
Instagram API currently not available.

Newsletter Signup

Zostaw maila, by dostawać info o najnowszych wpisach
Instagram API currently not available.