Back to home
PARENTING

Co zrobiłam, gdy musiałam zostawić płaczące dziecko w przedszkolu

Był zimowy poranek. Jak zwykle zapakowałam dziewczyny do samochodu i wyruszyłam na objazdówkę: przedszkole, żłobek, budowa. W samochodzie wesoło, bo od rana ładna pogoda. Zimno, ale za oknami świeciło mocne poranne słońce łudząco grzejące przez szybę młode buźki w fotelikach. Jeszcze kilka świateł i przedszkole Nel – tak się złożyło, że pierwsze po drodze i pierwsze na liście logistycznej. Bo Nel w państwowej placówce ma rygor czasu przychodzenia. Ustalone na 9.00 śniadanie zaczyna się nawet i z 10-minutowym wyprzedzeniem. Nikt tu nie czeka na spóźnialskich. Trzeba być na czas, bo po czasie, to można się tylko obejść smakiem. Zuza w placówce wtedy jeszcze prywatnej zaczynała jedzenie później i tam czekano, aż uzbiera się pełna grupa dzieciaków. Zuza też wolała, żeby najpierw Nel odstawiać, ponieważ upewnienie się, że starsza siostra jest na pewno zaprowadzona do przedszkola, pozwalało jej w miarę bezboleśnie rozstać się na tych kilka godzin ze mną. W ten zimowy słoneczny poranek nie było akurat mowy o spóźnieniu. Byłyśmy przed czasem, bo miałam wcześniej umówione spotkanie na budowie i musiałam się ze wszystkim wyrobić. Tak więc Nel szybko i w podskokach poleciała do swojej sali. Jeszcze pomachała nam na odchodne przez okno i długa do Zuzy żłobka.

Standardowo rozbieranie w szatni i oczekiwanie aż przyjdzie ciocia Asia i zabierze na górę na śniadanie. Ciocia przyszła, ale Zuza się zblokowała. Wczepiła się we mnie jak mały koala i ani ją rusz. Obie wiedziałyśmy, że zawsze ma ciężkie wyjście z progu i potrzebuje czasu na rozbieg, ale mimo to procedura udawała się w miarę bezboleśnie, bo zazwyczaj moje pojawienie pod oknem i pomachanie załatwiało sprawę: upragniony uśmiech Zet i mój spokój. A tu zaczął się obustronny dramat – płaczącej młodej, która za nic nie chciała mnie wypuścić z zaciśniętych na mojej kurtce piąstek oraz mój, bo dosłownie za chwilę zaczynałam bardzo ważne spotkanie. I ta gonitwa myśli, co zrobić. Czy oderwać siłą – no po prostu siłą – od siebie Zuzę całą sztywną, bo dzieje się to, czego ona kompletnie nie chce, by się wydarzyło. Czy wbrew jej potrzebie zostania akurat dziś w moich objęciach przekazać ją cioci i uciec? No przecież serce pęknie nam obu, a reszta dnia będzie do kitu, pełna moich wyrzutów sumienia, że można było inaczej. Ostra walka stoczyła się owego zimowego słonecznego poranka w mojej głowie. Gdzieś w środku płakałam razem z nią, a myśl, że zostawiając w takim stanie Zet postąpię wbrew sobie nie dawała mi spokoju. Tylko, że my, dorośli jesteśmy już obyci w robieniu różnych rzeczy wbrew sobie, bo takie jest życie. Nie rozpieszcza i czasem trzeba się nagiąć. Ale jak to wytłumaczyć niespełna 3-letniej cierpiącej z powodu wizji rozstania dziewczynce? Nie ma takich. Postanowiłam więc posłuchać głosu serca. Moment decyzji był dla mnie bardzo ciężki, bo – jak rzadko kiedy – dziś nie mogłam dać ciała w robocie. Ale zostałam. Wzięłam Zuzę taką wtuloną we mnie na na górę. Weszłyśmy razem do jej sali, gdzie były chyba już wszystkie dzieciaki i usiadłam z nią na podłodze przy niskim stole ze śniadaniem dla maluchów. Płacz ustał, ale Zuza wciąż dochodziła do siebie i nawet nie myślała o tym, by mnie puścić. Czas mijał, dzieci podchodziły i się częstowały. I powoli, powoli Zuza zaczęła nabierać chęci na interakcję z otoczeniem oraz na śniadanie. Wciąż na moich kolanach pilnując, bym nigdzie ich nie zabrała odwróciła się do stołu i zaczęła wybierać składniki na kanapkę. Powoli zaczęła uśmiechać się do dzieci i do cioć. Kiedy już w miarę swobodnie się zachowywała, opiekunka mrugnęła do mnie porozumiewawczo. Jej gest oznaczał dla mnie wiele. W tym momencie byłam przekonana, że moja rola się skończyła i mogę spokojnie, bez jakichkolwiek wyrzutów opuścić salę, a moje dziecko będzie zaopiekowane i dramat już się dziś nie powtórzy.

Zeszłam powoli schodami do szatni. Wsiadłam do samochodu i spuściłam z siebie całe gęste powietrze. Czułam się, jakbym naprawdę, ale to naprawdę zrobiła coś dobrego. Poczułam się najlepszą matką na świecie. Moment decyzji o zostaniu był trudny, ale jak tylko zostałam, byłam pewna, że robię dobrze. Huk to spotkanie. Zostając z potrzebującym tu i teraz mnie dzieckiem zrobiłam znacznie więcej niż pojawiając się na czas na budowie. Uszanowałam jej nastrój i pomogłam przejść przez burzę emocji bez większego szwanku w stronę bezpieczeństwa. W tym dniu ona po prostu potrzebowała mojego czasu i go dostała. Nauczyła się, że wtedy, gdy dzieje się największy w jej niespełna 3-letnim życiu dramat, może na mnie liczyć. Nauczyła się, że należy się liczyć z potrzebami drugiego człowieka niezależnie od wieku. Nauczyła się empatii. To bezcenne nawet wtedy, gdy moją nieobecność na umówionym spotkaniu musiałam odkręcać i tłumaczyć jeszcze przez kilka godzin. Swoją drogą, taka sytuacja już nigdy się nie powtórzyła.

A wiesz, co jeszcze dodało mi skrzydeł? Gdy po południu odbierałam Zet ze żłobka, jej opiekunka podeszła do mnie i powiedziała mi, że jest pod wrażeniem tego, co zrobiłam i że wielki szacun od wszystkich cioć. To był udany słoneczny zimowy dzień.

By Miss Brave, 14 marca 2019

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
O MNIE

Z głosem budzika mój mózg wchodzi na maksymalne obroty i pozostaje w tym stanie aż nocne zmęczenie nie zwali mnie z nóg. Myślę, więc jestem - to mnie określa. Myśli ulotne, więc imperatyw każe pisać. Pisać dla Was.

czytaj więcej
PODEJRZYJ MNIE
ZAJRZYJ NA MOJEGO INSTA
Instagram API currently not available.

Newsletter Signup

Zostaw maila, by dostawać info o najnowszych wpisach
Instagram API currently not available.