Back to home
HYDEPARK, LIFESTYLE

100 dni absurdu

Uważałam się za szczęściarę, że nauka zdalna na początku miała dotyczyć dzieciaków powyżej 3 klasy. Jasne, że dołączenie do skazanych na dziczenie przed komputerem było tylko kwestią czasu, ale celebrowałam każdy dodatkowy, darowany dzień, kiedy to obie Gwiazdy wciąż były w placówkach.

W poprzednim wydaniu nauki zdalnej dziewczyny chodziły jeszcze do przedszkola. Przynajmniej ogarnięcie lekcji nie dostarczało mi dodatkowych wrażeń, których mi wtedy nie brakowało: diagnoza raka, mastektomia, komplikacje po operacji, a do tego opieka nad Gwiazdami pomimo bólu i mega złego samopoczucia, bo tato tłumacząc się wieczną robotą miał na opiekę wywalone. A ja zamiast leżeć, pachnieć i zbierać siły, zasuwałam z obiadkami, animacjami i czasoumilaczami. Cóż taki był mój los…

A do tego jeszcze ta niepewność, że każda podwyższona temperatura, częste łamanie w kościach to covid i co ja pocznę z ujemną odpornością, gdy te dwa małe człowieczki potrzebują wiecznej opieki, zainteresowania i serwisu. Może właśnie ta myśl, że muszę, bo nie ma opcji, kazała zewrzeć tyłki każdej jednej komórce w moim nadwątlonym ciele i stawić opór wirusom wszelkim z koroną na czele. Gdy świat stawał się bardziej kulturalny dzięki odkodowanym różnym formom rozwoju intelektualnego w sieci, z czego korzystały miliony, ja zadowalałam się całą przespaną nocą, przeczytaną stroną z książki i włożonymi naczyniami do zmywarki na koniec dnia, by góry w zlewie nie przysłaniały mi widoku na resztę świata.

Potem wakacje. Druga operacja. Znów bez taryfy ulgowej. I moja niedoszła teściowa, co miała mi za złe, że się na jej działce nie uśmiecham. No kurde, jakoś mi było nie po drodze szczerzyć się jak głupi do sera, gdy boli, a obowiązków i opieki nad Gwiazdami nikt ze mnie nie zdejmuje.

Nie jest moim celem jakoś specjalne użalać się nad swoim losem. Mam w sobie sporą dawkę dystansu. Jednak jest mnóstwo osób, które jadą ze mną na tym samym wózku, jeśli chodzi prostanie obowiązkom, bezproduktywnej poszatkowanej na pół godziny przerwami w e-nauce pracy, przygotowywania zdrowych, zbilansowanych posiłków dla pociech, co będąc w fazie intensywnego wzrostu mają 7 żołądków do zapełnienia jak Alf z planety Melmak, sprzątania równego z syzyfową pracą, bo ile by się na nie nie poświęciło czasu, to i tak za chwilę syf powraca jak bumerang, oraz zainteresowania twórczością i aktywnością dzieci, którym niezależnie, ile by się czasu darowało, na skutek naszych myśli oscylujących zupełnie w innych czasoprzestrzeniach pozostawią niesmak niepoświęconego czasu. I tak ten czas upływa. Wykonam telefon podczas lekcji Nel, zaraz muszę kończyć, bo przerwa. Odpuszczam. Chcę coś napisać podczas kolejnej lekcji, nie mogę się skupić. Pomimo zamkniętych drzwi do pokoju nauk i tak dochodzą mnie piski, wycia i sprzężenia sprzętów elektronicznych przyprawiając o ból zębów i wkurw rozsypanych myśli, które właśnie planowałam zebrać i przelać na kompa. No więc odpuszczam i to. Pozostaje kocia kuweta do ogarnięcia podczas trzeciej lekcji. Już nie silę się na bardziej ambitne zajęcia, bo się nie da. Sprzątam, myję, wycieram, suszę. I udaje mi się wyrwać chwilę na drugie śniadanie. Ambitnie jak się masz. Bo przecież po skończonych zajęciach zrobimy pracę domową, pojeździmy na rowerze, pogramy w gry, zrobimy kolejnego stwora z origami i akurat nastanie pora, by odebrać drugą Gwiazdę z przedszkola. Po przedszkolu ogarniemy plac zabaw, na którym dzieciaki się stadnie bawią pomimo egipskich ciemności panujących wkoło. Wrócimy na drugi już dziś obiad Gwiazd do domu. Gdy wpadną ich koleżanki, rzucę się na pranie, gotowanie, układanie. Gdy nikt nas nie odwiedzi, czas do kolacji spędzimy razem. Bardzo razem. Na tyle razem, że innym obowiązkom powiem czułe bye, bye. Potem mycie, kolacja, czytanie, usypianie i 21.00. I ja z uczuciem zdjęcia z krzyża i marzeniem, by ktoś mnie umył jak niemowlaka, bo sama nie mam na to siły. A przecież były wieczorne plany na pracę, pisanie, gotowanie na kolejny dzień. A jedyne na co mnie stać, to odcięcie zapłonu przy wciąż tej samej czytanej co wieczór stronie książki…

I ten oszołom – Pinokio na dodatek, co chętnie widziałby wszystkich w wieku reprodukcyjnym dziko kopulujących w czasie pandemicznych obostrzeń, by pracować nad przyrostem naturalnym, by potem przyrostowi temu pokazać środkowy palec na święta, że tylko 5 osób przy stole i domownicy. Chcieliście duże rodziny, to pozwólcie je teraz gościć na święta. Ale to nie koniec premiera z dupy pomysłów, no bo od 23 grudnia dzieci rozpoczynają najdłuższe ferie ever. Tyle, że z zaleceniem siedzenia na tyłku, a raczej na głowach i garnkach rodziców 24 godziny na dobę, bo choć wyciągi może ruszą, to spać trzeba będzie chyba w namiotach u podnóża stoków. Heh “zimowa izolacja namiotów” – pomysł na start-up w tym sezonie. No, także ten, “zimy w mieście” nie będzie, wyjazdów nie będzie. Będzie wesoło posiedzieć sobie razem w domach przez 4 tygodnie wobec wątpliwej rozrywki integrowania się z wymianą mikroelementów w jednym terminie w górach smutnych acz roszczeniowych przybyszów ze wszelkich województw. Słowa uznania, panie premierze. Tęgie głowy pana przydupasów to wymóżdżyły. I tych 100 waszych dni do czorta niepodobnych, na końcu których ma być wybawienie – szczepionka dla wszystkich. Zastanawiam się, dlaczego ludzie wciąż to z ust rządzących kupują! 100 dni… Ja panu premierowi powiem, co się stanie w kolejnych 100 dniach. Jak dzieci jeszcze bardziej cofną się w rozwoju wpatrując wzrokiem nałogowca w tablety, laptopy. I jak zdziczeją bez bezpośredniego kontaktu z rówieśnikami. Jeszcze więcej firm padnie, a nadwątlone siły branży hotelarskiej, gastronomicznej, sportowej, turystycznej czy rozrywkowej nie dadzą rady się wybronić, by chociaż rok zamknąć na zerze bez strat. To oczywiście poskutkuje wzrostem bezrobocia. Ale, spokojna głowa, wszak GUS poda dane za więcej niż 100 dni. Wzmocni się natomiast mająca się i tak teraz wyjątkowo dobrze przemoc domowa. Do niej dołączą wzrosty liczby samobójstw, przypadków depresji, alkoholików. Jak również umieralności na choroby kompletnie niezwiązane z covidem, a związane jedynie z brakiem opieki zdrowotnej, bo wszyscy lekarze albo na powołaniach pandemicznych, albo na L4, albo na izolacjach czy kwarantannach. Czyli jednak jakieś wzrosty będą. No i pięknie. Jest powód do dumy, panie premierze. Prawda? A i jeszcze kwestia demokracji, co ma się tak dobrze. Szkoda, że w najbliższych 100 dniach czarno ją widzę na tle coraz bardziej ograniczanych praw obywatelskich i coraz większej prostytucji policji. Pożyjemy – zobaczymy? No chyba niekoniecznie. Czas absurdu już nastał. Dlatego idę do łóżka absurdalnie umęczona oddać się absurdowi kolejnego podejścia do tej samej wciąż strony w książce z nadzieją, że może dziś uda mi się przejść do kolejnej.

By Miss Brave, 26 listopada 2020

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
O MNIE

Z głosem budzika mój mózg wchodzi na maksymalne obroty i pozostaje w tym stanie aż nocne zmęczenie nie zwali mnie z nóg. Myślę, więc jestem - to mnie określa. Myśli ulotne, więc imperatyw każe pisać. Pisać dla Was.

czytaj więcej
PODEJRZYJ MNIE
ZAJRZYJ NA MOJEGO INSTA
Instagram API currently not available.

Newsletter Signup

Zostaw maila, by dostawać info o najnowszych wpisach
Instagram API currently not available.